WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Religia’ Category

Warto przypomnieć zasługi ks. Sowy dla Platformy Obywatelskiej

Posted by tadeo w dniu 23 Lipiec 2011

Dyrektor kanału Religia.tv udzielił niedawno wywiadu słynnej już gazetce partyjnej Platformy Obywatelskiej „POgłos”(nr 01/39, styczeń 2011 r.), w której podzielił się swoją opinią na temat partii rządzącej oraz opozycji. Jednoznaczna diagnoza polityczna przeplata się tu z refleksją natury moralnej:

Jestem od wielu lat pod wrażeniem stylu polityki w wykonaniu premiera Tuska. To właśnie on pokazał, że nie będzie tolerował wśród członków PO i współpracowników zachowań wątpliwych moralnie, nawet jeśli nie mają znamion prawnych nadużyć. Poradził sobie z największą bolączką polskiej polityki – z kolesiostwem, z »mordo ty moja«, z partykularnymi interesami politycznej grupy”.

Wysokie poparcie społeczne Platformy ks. Sowa kwituje stwierdzeniem: „To nie wynika jedynie z moralności, wynika też ze skuteczności rządzenia – a to także może być wartością etyczną”Dalej przekonuje, że dzięki rządom Donalda Tuska wielu ludziom żyje się zdecydowanie lepiej, ponieważ daje im poczucie bezpieczeństwa, jest przewidywalny i nie stosuje języka nienawiści.A Platforma Obywatelska mieszcząca w sobie ludzi o poglądach Jarosława Gowina i Janusza Palikota jest dowodem na różnorodność i wewnętrzny pluralizm, jaki powinien cechować dojrzałe partie polityczne w systemie demokratycznym.

PiS zaś jest – zdaniem duchownego – partią, która została sprowadzona do poziomu sekty, skupiając się wokół swojego nieomylnego lidera:

„Powiem szczerze, że ja się obawiam takich ugrupowań politycznych, w których panuje wiara w nieomylność lidera.(…) Struktura sekty w polityce jest zawsze zawężeniem, okopaniem się, które jest dobre tylko co najwyżej na czas wojny. W czasach pokoju i budowania to jest fatalne”

Więcej: Warto przypomnieć zasługi ks. Sowy dla Platformy ObywatelskiejTo naprawdę robi wrażenie…

Ks. Kazimierz Sowa: „Jestem od wielu lat pod wrażeniem stylu polityki w wykonaniu premiera Tuska”

Posted in Religia | 1 Comment »

ZDRADZASZ ŻONĘ I BÓG JEST BARDZO ZŁY NA CIEBIE

Posted by tadeo w dniu 23 Lipiec 2011

Pewien człowiek miał opinię dobrego katolika, był zawsze podziwiany i szanowany przez wszystkich którzy go znali. Ale naprawdę żył w grzechu. Zaniedbał swoją żonę, a później swoją samotność rekompensował związkiem z inną kobietą. Pewnego razu poszedł do spowiedzi do Ojca Pio. Aby się usprawiedliwić, zaczął mówić o duchowym kryzysie. Nie zdawał sobie sprawy, że spotkał się z niezwykłym spowiednikiem.

Ojciec Pio nagle powstał i krzyknął: „Jaki duchowy kryzys? Zdradzasz żonę i Bóg jest bardzo zły na ciebie. Idź stąd!”.

Więcej tutaj:  OJCIEC PIO

Posted in Ojciec Pio, Religia | Leave a Comment »

„Krakowska opoka – kardynał Adam Sapieha.” 60 lat temu zmarł Książe Niezłomny Kościoła

Posted by tadeo w dniu 23 Lipiec 2011

Panowie spokojnie

KS. JÓZEF MARECKI, FILIP MUSIAŁ, IPN KRAKÓW

KRAKOWSKA OPOKA – KARDYNAŁ ADAM SAPIEHA

za: Biuletyn IPN, nr. 10/2008

W rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, w listopadzie 1919 r. krakowski biskup Adam Stefan Sapieha mówił do wiernych:

„chwila obecna dana [jest] nam przez Boga po to, aby w niej budować gmach Ojczyzny naszej. Zmarnować nam tej chwili nie wolno, jesteśmy za nią przed Bogiem odpowiedzialni. Wyrzec się nam trzeba siebie, a ofiarą z osobistych interesów kłaść podwaliny pod państwowość polską”.

Późniejszy kardynał nie przeczuwał wtedy, że za dwadzieścia lat przyjdzie mu bronić gmachu Ojczyzny przed III Rzeszą i Sowietami, a za ćwierć wieku przed komunistami obejmującymi władzę w Polsce z woli Stalina. Komuniści, przejmujący władzę na terenach zajmowanych przez Armię Czerwoną byli zbyt słabi, by jednocześnie niszczyć wszystkie elementy niepodległej polskiej państwowości, struktury kościelnej i wspólnoty społecznej.

Dlatego, tak w Polsce, jak i w innych krajach późniejszego bloku  wschodniego, zdecydowali się na taktykę stopniowego likwidowania niezależności podbijanych państw i społeczeństw. Za największe zagrożenie dla instalowanej – słabej i nie cieszącej się poparciem społecznym władzy komunistycznej w Polsce – uznano legalne struktury Polskiego Państwa Podziemnego oraz, w przeważającej części wywodzące się z niego, niepodległościowe oddziały zbrojne. Przyjęcie takiej optyki spowodowało, że komuniści początkowo na dalszy plan odsunęli walkę z religią. Mimo to, od początku, przy użyciu sił własnych i wydatnym wsparciu sowieckich patronów zbierali informacje o duchownych, którzy mieli stać się głównym celem ataku dopiero po ostatecznym stłumieniu zbrojnego i politycznego oporu.

Wielki Jałmużnik

Bezpieka rozpoczęła gromadzenie informacji o miejscach kultu, silnych ośrodkach katolickich, wyróżniających się kapłanach. Na tak konstruowanej mapie coraz wyraźniej zaznaczał się Kraków. Miasto i region od początku były bardzo nieprzychylne uzurpatorskiej władzy. W maju 1946 r. szef – oskarżającej w sprawach politycznych – Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie, Oskar Karliner podsumowywał tę sytuację: „województwo krakowskie określiłbym jako jedno z konserwatywniejszych środowisk w kraju. Składają się na to czynniki rożne, a w szczególności konserwatywny charakter centrum wojewódzkiego Krakowa, z zakorzenionymi tradycjami austriackiego bogoojczyźniaństwa, silnymi wpływami kleru, a wreszcie konserwatyzmem wyższych uczelni, gdzie w skład senatów wchodzą indywidualności profesorskie o wyraźnie reakcyjnych poglądach […] tradycja Wierzchosławic, kolebki Polskiego Stronnictwa Ludowego, wpływa na nastroje chłopskie, zwłaszcza we wschodniej i północnej części województwa w kierunku sprzyjania mas chłopskich nastrojom opozycyjnym w stosunku do obecnej polskiej rzeczywistości”.

Szczególny niepokój budził u komunistów arcybiskup, a od 1946 r. kardynał, Adam Stefan Sapieha – cieszący się w polskim Kościele ogromnym autorytetem. Wobec nieobecności w kraju prymasa kard. Augusta Hlonda, w latach II wojny światowej kard. Sapieha był faktycznym przywódcą Kościoła w okupowanej Polsce. Pozycja sędziwego metropolity w Episkopacie Polski była dla komunistów równie groźna, jak jego popularność wśród wiernych. Rządy nad krakowską diecezją kard. Sapieha objął jeszcze w okresie zaborów w 1911 r. W czasach monarchii austro-węgierskiej diecezja krakowska była mało znacząca i terytorialnie niewielka. W wolnej Polsce, po podpisaniu konkordatu w 1925 r. i zmianach administracyjnych w Kościele, podniesiona została do rangi metropolii, otrzymując jako sufraganie biskupstwa tarnowskie, częstochowskie i katowickie. Przez kilkadziesiąt lat rządów nad diecezją kard. Sapieha dał się poznać wiernym jako niestrudzony opiekun potrzebujących, dla którego działalność charytatywna i pomoc najuboższym stanowiły jeden z filarów kapłańskiej posługi. W Krakowie znane były historie z jego wcześniejszego kapłańskiego życia, jak choćby ta o Jazłowcu, którego nie opuścił w czasie epidemii cholery, ale pozostał ze swymi parafianami organizując akcję pomocy. Pamiętano utworzony przez niego w czasie I wojny światowej Krakowski Biskupi Komitet dla Dotkniętych Klęską Wojny – nazywany, ze względu na arystokratyczne pochodzenie ówczesnego biskupa, Książęco-Biskupim Komitetem.  Nie zapomniano wsparcia jakiego udzielał „Caritasowi”, zapomóg przeznaczanych dla najbiedniejszych. Ze względu na te działania nadano mu przydomek „Wielki Jałmużnik”.

Książę Niezłomny

Wydaje się jednak, że dla komunistów bardziej niepokojące było to, że krakowianie swego metropolitę nazywali także „Księciem Niezłomnym”. Ta nieugiętość sędziwego kardynała komplikowała antykościelne działania partii i będącej jej narzędziem bezpieki. Silny charakter krakowskiego hierarchy dawał o sobie znać wielokrotnie. W krakowskich domach powtarzano prawdziwe i zmyślone historie, mające świadczyć o nieugiętości i zdecydowaniu ks. Sapiehy. Szerokim echem odbiło się odrzucenie przez abp. Sapiehę, w dniu urodzin Hitlera, zaproszenia do generalnego gubernatora Hansa Franka. Do apokryficznych historii zaliczyć należy z kolei tę, mówiącą o przyjęciu Hansa Franka w pałacu biskupim chlebem i wodą (według innej wersji chlebem i marmoladą z brukwi), co arcybiskup miał poprzeć stwierdzeniem, że częstuje generalnego gubernatora tym, co dzięki władzy III Rzeszy, gości najczęściej na polskich stołach. Opowieść ta, podnosząca w czasie okupacji na duchu, oddawała przekonanie wiernych, że metropolita w ich obronie nie cofnie się przed niczym i nie ulęknie się nikogo. To, że Hans Frank nigdy nie przekroczył progu krakowskiego pałacu biskupiego, dla powtarzających tę historię nie miało większego znaczenia.

Komuniści wiedzieli, że zapanowanie nad krakowskim, a w znacznej mierze także nad polskim, Kościołem nie będzie możliwe bez pokonania lub skompromitowania Sapiehy. Bardzo szybko przekonali się także, że duchowni krakowskiej diecezji, wychowankowie metropolity, czując jego wsparcie, bardzo zdecydowanie piętnowali kolejne decyzje władz komunistycznych uderzające w katolików. Głośno protestowali przeciw łamaniu wolności wyznania, a po powstaniu tzw. ruchu księży patriotów – sterowanego przez komunistów środowiska duchownych lojalnych wobec władzy – w większości zdecydowanie odcięli się od współbraci w kapłaństwie angażujących się w tę formę afirmacji totalitarnego reżimu.

Przeciw dyktaturze

Od pierwszych dni po wkroczeniu Armii Czerwonej abp Sapieha zachowywał dystans wobec reżimu instalowanego przez Sowietów w Polsce. W lipcu 1945 r. w liście pasterskim skierowanym do wiernych pisał m.in.:

„Złym jest, gdy przesadzamy, zmyślamy wypadki czy sądy o innych, gdy używamy słów, podsuwając pod ich brzmienie znaczenie niezgodne z prawdą. A ileż to przykładów tego moglibyśmy przytoczyć w dzisiejszych pismach czy wygłoszonych przemowach. Nie dziw więc, że niedowierzanie jest dziś tak powszechne, że rodzą się plotki często bardzo szkodliwe. Ileż to jednak prostodusznych łapie się na te sidła. Tak powszechne zakłamanie jest groźną chorobą naszych czasów i prowadzi do skrzywienia życia społecznego”.

Świadom zagrożeń przestrzegał nie tylko wiernych, ale także kapłanów. Uczulał ich, by nie poddawali się manipulacji przez współbraci, którzy – z różnych względów – wspomagali komunistyczną dyktaturę. Nie wahał się także ostro wypowiadać swych sądów wobec prymasa kard. Hlonda. W czasie spotkania hierarchów w Krakowie w listopadzie 1947 r. na nalegania prymasa, by duchowni diecezji krakowskiej ograniczyli w swych wypowiedziach wątki antykomunistyczne, miał odpowiedzieć:

„że nie będzie udawał innego niż jest nastawiony wewnętrznie, walki nie chce, ale na żadne uległości nie pójdzie, nie ustąpiłem Niemcom, tym bardziej nie ustąpię teraz […]”.

Postawę taką prezentował również wobec podległych sobie duchownych. Jak relacjonował informator „Żagielowski” – jeden ze współpracowników bezpieki – w czasie zebrania księży proboszczów, rektorów i administratorów parafii krakowskich:

„pierwszy zabrał głos sam ks. kardynał Sapieha. Ku zdziwieniu wszystkich zebranych zaraz na początku wpadł w ogromny gniew, począł karcić wszystkich proboszczów, że nie pracują, że są tchórze, nie mają nic odwagi, że będzie ich usuwał z probostw, a będzie dawał młodszych księży […], że chcą się dopasować do dzisiejszych stosunków […].

Dla komunistycznych władz taka postawa, wspierająca kapłanów broniących swych wiernych przed reżimem i mobilizująca niezdecydowanych do przeciwstawiania się opresywności państwa była niezwykle niewygodna. Wyjątkowo dotkliwa była jednak aktywność kard. Sapiehy w podejmowaniu interpelacji skierowanych do najwyższych władz. Krakowski metropolita był bowiem inicjatorem i współautorem wielu pism, listów, memoriałów wysyłanych przez Episkopat Polski do Bolesława Bieruta.

W obronie jedności

Jednocześnie metropolita obserwował rozwój sytuacji w bloku wschodnim. Miał świadomość tego, że dla komunistów jest postacią wielce niewygodną. Wydaje się, że poczucie to wzrosło po śmierci kard. Hlonda, po którym prymasem Polski został – liczący 47 lat (najmłodszy wówczas w polskim episkopacie) biskup lubelski – Stefan Wyszyński. Przyszły „Prymas Tysiąclecia” dopiero miał udowodnić, że jest jednym z najwybitniejszych hierarchów Kościoła katolickiego XX w. Uznający niekwestionowany prymat abp. Wyszyńskiego, krakowski kardynał – choć już sędziwy i schorowany – służył mu radą i pomocą. Jednocześnie wydaje się, że uznawał, iż jego rola jako jedynego w Polsce kardynała, a zarazem jednego z najstarszych hierarchów w episkopacie, ponownie – i wbrew jego woli – wzrosła. Dostrzegał działania komunistów w skali europejskiej, mocno przeżył skazanie na dożywotnie więzienie prymasa Węgier kard. Jozsefa Mindszenty’ego. Widząc nasilające się represje uznawał, że istnieje realne zagrożenie jego aresztowania. W marcu 1950 r. sporządził oświadczenie:

„w razie gdybym był aresztowany stanowczo niniejszym ogłaszam, że wszelkie moje tam złożone wypowiedzi, prośby i przyznania się są nieprawdziwe.  Nawet, gdy one byłyby wygłaszane wobec świadków, podpisane, nie są one wolne i nie przyjmuję [ich] za swoje”.

Napisanie oświadczenia było prawdopodobnie reakcją na pierwsze w Polsce „ludowej” aresztowanie biskupa – w lutym 1950 r. nałożono bowiem areszt domowy na bp. Kazimierza Kowalskiego12, ordynariusza diecezji chełmińskiej, któremu zarzucono łamanie komunistycznego dekretu „O ochronie wolności sumienia i wyznania”. Wydarzenia te nie wpłynęły jednak na postawę kard. Sapiehy. Nadal zdecydowanie przeciwstawiał się polityce komunistycznych władz. Podejmował aktywne działania w kierunku utrzymania jedności Kościoła – sprzeciwiając się działalności ruchu księży patriotów. Na początku 1951 r. wydał komunikat skierowany do duchownych wspierających komunistyczną dyktaturę. Pisał w nim m.in.:

„komisje Księży przy ZBoWiD13 wbrew celom i zadaniom tej organizacji, występują w działalności swojej niejednokrotnie ku zgorszeniu wiernych, przeciwko Kościołowi, podkopując jedność i karność kościelną, siejąc niezgodę między kapłanami, przeciwstawiając kapłanów Biskupom, co więcej, godząc w uwłaczający sposób w samego Namiestnika Chrystusowego Ojca Św[iętego]”. Nie wahał się także upominać w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego o aresztowanych księży. W co najmniej kilku wypadkach jego interwencje spowodowały ich wcześniejsze zwolnienie z aresztu śledczego. W październiku 1950 r. skutecznie interweniował w sprawie księdza Kazimierza Buzały15, a w lutym 1951 r. ks. Stanisława Słonki.

Działalność metropolity wstrzymało w maju 1951 r. nagłe pogorszenie stanu zdrowia. Zmarł 23 lipca tego roku. Komuniści przyjęli z ulgą śmierć kardynała. Nie wiedzieli jeszcze, że w kolejnych latach przyjdzie im zmierzyć się z równie zdecydowanymi włodarzami diecezji: abp. Eugeniuszem Baziakiem, bp. Franciszkiem Jopem i wychowankami kard. Sapiehy: kard. Karolem Wojtyłą i kard. Franciszkiem Macharskim.

Bezpieka przeciw metropolicie

Inwigilację Kościoła krakowskiego funkcjonariusze tutejszego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego rozpoczęli już w 1945 r. Początkowo jednak represjonowano jedynie tych duchownych, którzy byli związani z podziemiem niepodległościowym – a więc głównie kapelanów AK czy NSZ, choć już w tym czasie pozyskiwano np. listy pasterskie czy dokumenty kurialne skierowane do parafii. Systematyczną inwigilację krakowskiej kurii, a co się z tym wiązało, kard. Sapiehy, bezpieka krakowska rozpoczęła dopiero w lutym 1946 r. Założono wówczas sprawę obiektową o krypt. „Zeus”, w ramach której inwigilowano krakowską kurię metropolitalną.

W pierwszych latach powojennych działania WUBP w Krakowie w odniesieniu do Kościoła katolickiego koncentrowały się na dwóch sferach – represji oraz profilaktyce. W wypadku kard. Sapiehy, ze względu na jego pozycję i popularność, represje były początkowo wykluczone. Starano się zatem realizować funkcję profilaktyczną, to znaczy śledzić wszelką aktywność metropolity i zdobywać z wyprzedzeniem informacje o działaniach, które miał zamiar podjąć, a zarazem o radach i wskazaniach jakie przekazywał duchownym archidiecezji.

Podsłuchiwano kurialne telefony, kontrolowano korespondencję nadsyłaną do metropolity, werbowano agenturę spośród osób mających bezpośredni kontakt z kardynałem. Bezspornie, w pierwszych latach powojennych najbardziej aktywnymi, a zarazem szkodliwymi dla krakowskiego Kościoła byli agenci „Janka” i „Paweł” – jak dotąd nie zidentyfikowani. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych ogromne znaczenie dla funkcjonariuszy WUBP i projektowanych przez nich działań nabierały donosy – również jeszcze nie zidentyfikowanego – informatora ukrywającego się pod ps. „Kot”. Te trzy osoby, w rożnym czasie dostarczały bezpiece szczegółowych informacji dotyczących sytuacji w krakowskiej kurii i działań metropolity.

Jednocześnie bezpieka starała się zdobywać z wielu źródeł dane dotyczące każdego publicznego wystąpienia kardynała. Gromadzone informacje wykorzystywano do działań wyprzedzających, a odpowiednie analizy bezpieka przekazywała partii komunistycznej – najpierw odpowiednim instancjom PPR, później PZPR – by ta mogła odpowiednio planować kolejne posunięcia polityki antywyznaniowej.

Rola, jaką odgrywał kard. Sapieha w Kościele krakowskim sprawiała, że jego nazwisko pojawiało się bezustannie w planach bezpieki, a donosy o jego działalności składała znacząca część konfidentów UB, działających przeciw Kościołowi. Streszczenia kolejnych wystąpień, przemówień, kazań, informacje o wizytacjach, bierzmowaniach itp., w których brał udział metropolita spływały do WUBP niemal codziennie. Pozwalało to jednak wyłącznie na monitorowanie jego działań i wysyłanie ostrzegawczych sygnałów do partii związanych z jego planami.

Zabić legendę

Śmierć kardynała Sapiehy przyjęta została przez funkcjonariuszy UB z jednej strony z ulgą, z drugiej zaś z zaniepokojeniem. Już w czasie choroby metropolity zyskiwano niemal codzienne raporty o jego stanie zdrowia przekazywane m.in. przez informatora „Kot”. Jednocześnie bezpieka starała się monitorować sytuację w kurii i dociec – poprzez sieć agenturalną – kto ma szansę zastąpić kard. Sapiehę i objąć władzę w archidiecezji. Już po śmierci metropolity informator „Dyrektor”21 raportował bezpiece:

„okazało się, że abp Baziak ma nominację z Rzymu objęcia po śmierci Sapiehy administratury diecezji krakowskiej, lecz nie jest on mianowany Ordynariuszem, gdyż nie zrzekł się jeszcze ordynariatu diecezji lwowskiej”.

Jednocześnie bezpieka zaktywizowała sieć agenturalną wszystkich pionów WUBP, by na bieżąco orientować się w nastrojach społecznych i z wyprzedzeniem uzyskać informacje o ewentualnych niepokojach związanych ze śmiercią metropolity. W obawie przed tłumem wiernych, którzy mieli uczestniczyć w pogrzebie kard. Sapiehy, zmobilizowano gigantyczną liczbę funkcjonariuszy UB i MO – w odwodzie trzymając wojskowe jednostki KBW. Akcja zabezpieczenia pogrzebu była jednym z największych – jeśli nie największym – przedsięwzięciem WUBP w tym czasie.

Komunistyczne władze partyjno-państwowe, na rowni z funkcjonariuszami MBP, zdawały sobie sprawę, że walka z Kościołem krakowskim mogła zakończyć się sukcesem jedynie po zniszczeniu legendy „Księcia Niezłomnego”. Dlatego swoistym epilogiem do działań aparatu represji przeciw kard. Sapiesze stał się tzw. proces kurii krakowskiej, przygotowany jesienią i zimą 1952 r., a przeprowadzony w styczniu następnego roku. Propagandowa oprawa procesu, w którym sądzono działaczy niepodległościowych współpracujących z polskim wychodźstwem politycznym oraz duchownych z krakowskiej kurii niepowiązanych z działalnością konspiracyjną, została skonstruowana tak, by skompromitować zmarłego kard. Sapiehę. W propagandowych wystąpieniach na sali sądowej, na łamach gazet, w radiu zarzucano krakowskiemu metropolicie działania na szkodę Polski i Kościoła, oskarżano o szpiegostwo, gromadzenie dóbr materialnych, broni, przygotowywanie buntu przeciwko „ludowemu” państwu.

Dla spotęgowania terroru z diecezji wygnano następcę kard. Sapiehy – metropolitę lwowskiego, metropolitę nominata krakowskiego – abp. Eugeniusza Baziaka. Choć proces kurii krakowskiej był przedsięwzięciem udanym operacyjnie i propagandowo w sferze kompromitacji przynajmniej części duchowieństwa zaangażowanego w działalność niepodległościową, fiasko poniosły próby zniesławienia kard. Sapiehy. Tzw. proces kurii krakowskiej stał się ostatnim akcentem działań operacyjnych przeciw krakowskiemu „Księciu Niezłomnemu”, który okazał się dla bezpieki groźny także po śmierci.

Adam Stefan Sapieha (1867–1951),

książę siewierski, kapłan archidiecezji lwowskiej, kardynał, arcybiskup metropolita krakowski. Studiował prawo w Krakowie i Wiedniu oraz teologię w Innsbrucku. W 1893 r. przyjął święcenia kapłańskie. W latach 1894–1895 był duszpasterzem w Jazłowcu, a później na Górnym Śląsku. Następnie kontynuował studia prawnicze w Papieskim Uniwersytecie Laterańskim w Rzymie, gdzie w 1896 r. uzyskał tytuł doktorski. Jednocześnie studiował dyplomację w Papieskiej Akademii Szlacheckiej. Pełnił następnie posługę duszpasterską we Lwowie. W 1905 r. powrócił do Rzymu, gdzie uzyskując tytuł szambelana papieskiego był „rzecznikiem” Kościoła katolickiego na ziemiach polskich. W 1911 r. uzyskał sakrę biskupią i został ordynariuszem diecezji krakowskiej. Po ustanowieniu w Krakowie metropolii, w 1925 r. został podniesiony do godności arcybiskupa metropolity krakowskiego. W 1946 r. został włączony do kolegium kardynalskiego.  W 1915 r. powołał Krakowski Biskupi Komitet dla Dotkniętych Klęską Wojny. W latach 1922–1923 był senatorem RP z listy Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej, w czasie II wojny światowej uczestniczył w powołaniu Rady Głównej Opiekuńczej.

http://wpolityce.pl./view/15421/_Krakowska_opoka___kardynal_Adam_Sapieha___60_lat_temu_zmarl_Ksiaze_Niezlomny_Kosciola_.html

Posted in Historia, Religia, SYLWETKI | Leave a Comment »

Jan Paweł II i Prymas Stefan Kardynał Wyszyński

Posted by tadeo w dniu 23 Lipiec 2011

28.05.2011’30-rocznica śmierci Prymasa Tysiąclecia…

https://vimeo.com/23155005

http://pl.gloria.tv/?media=159958

Posted in Filmy religijne, Jan Paweł II, Religia, SYLWETKI | Otagowane: | Leave a Comment »

Katecheza: Władza o. Dariusz Drążek CSsR

Posted by tadeo w dniu 22 Lipiec 2011

http://www.radiomaryja.pl/multimedia/katecheza-wladza/

http://www.radiomaryja.pl/informacje/od-wladzy-trzeba-wymagac/

Posted in Religia | Leave a Comment »

„Odeszła z nim epoka Kościoła na Wschodzie” – Kardynał Kazimierz Świątek

Posted by tadeo w dniu 22 Lipiec 2011

Na Białorusi zmarł kard. Kazimierz Świątek. Emerytowany metropolita mińsko-mohylewski i były administrator apostolski diecezji pińskiej miał 96 lat. Jego śmierć nastąpiła rano 21 lipca.

Wraz z kard. Kazimierzem Świątkiem odeszła od nas cała epoka Kościoła na Białorusi i Wschodzie – powiedział KAI bp Władysław Blin. Ordynariusz diecezji witebskiej podkreślił, że dzięki kard. Świątkowi zachowano wiarę na Białorusi.

- Robił wszystko, aby się ona pogłębiała i rozwijała. Był postacią znaną i kochaną tak przez wierzących jak i niewierzących – zaznaczył hierarcha. Kard. Świątek, emerytowany metropolita mińsko-mohylewski i były administrator apostolski diecezji pińskiej zmarł dzisiaj rano w Pińsku w wieku 96 lat.

Wspomnienie bp Władysława Blina

Zawsze powtarzał: `Odejdę do Boga 21., ale nie wiem, którego miesiąca i którego roku. Jeśli przeżyję 21. to będę żył jeszcze następny miesiąc’. Gdy 19 lipca dowiedziałem się, że stan księdza kardynała jest zły to przypomniałem sobie jego słowa i pomyślałem, że chyba właśnie Pan Bóg wybrał dla niego właśnie ten dzień. Kardynał w ostatnim czasie bardzo cierpiał. Cierpienie jest wpisane w życie człowieka i kard. Świątek je ze spokojem przyjmował. Nosił wraz z Chrystusem wiele krzyży. Dawał przykład ucznia Chrystusa. Pokazywał, że gdy niesiemy własny krzyż, to idziemy za Chrystusem. Przez lata życie codzienne księdza kardynała było jednym wielkim niesieniem krzyża. Wypełniał w ten sposób wolę Bożą. Był przykładem Bożego sługi, który wypełnia do końca swe chrześcijańskie zadanie w swym powołaniu kapłańskim i biskupim. Pan Bóg nigdy go nie zostawił i był z nim do końca.

Był człowiekiem, który podnosił u każdego ducha. Kiedy tylko dzwoniłem do niego i miałem problemy zawsze powtarzał: ‚Uszy do góry’. Oddawał się całkowicie w ręce Boga i Duch Święty całkowicie nim kierował. O księdzu kardynale można by napisać wielką powieść.

Przez lata bardzo blisko z nim współpracowałem. Miał do mnie zaufanie i zawsze stawiał mi poprzeczkę wysoko, a ja mogłem liczyć na jego wsparcie. Ostatni raz widziałem się z nim na jego imieninach w marcu br. Kardynał miał jeszcze dużo energii. Miał nadzieję, że poprowadzi jeszcze mszę św. i procesję rezurekcyjną w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego. Po imieninowych uroczystościach pożegnałem się z nim w kurii. Gdy był odprowadzany do samochodu serdecznie, jak nigdy, przytulił mnie po ojcowsku. Było to moje ostatnie pożegnanie z księdzem kardynałem.

Dzięki kard. Świątkowi zachowano wiarę na Białorusi. Robił wszystko, aby się ona pogłębiała i rozwijała. Odbudował dwie katedry w Pińsku i Mińsku, seminarium duchowne. Troszczył się o kapłanów i wszystkim dodawał ducha. Był postacią znaną i kochaną tak przez wierzących jak i niewierzących. Wszyscy darzyli go wielkim szacunkiem, łącznie z prezydentem Białorusi Aleksandrem Łukaszenką. Należy podkreślić, że kardynał miał bardzo dobrą opiekę medyczną, za co należą się najwyższe słowa uznania wszystkim, którzy się nim opiekowali.

Bp Antoni Dziemianko

Kard. Kazimierz Świątek zmarł po ciężkiej i długiej chorobie. Doświadczył w swoim życiu wielu cierpień i prześladowań w czasach hitleryzmu i komunizmu. Przez 10 lat był więźniem gułagu. Później pełnił przez kilkadziesiąt lat posługę kapłana w „Kościele milczenia”. Po nastaniu względnej wolności religijnej był tym, który na fali Gorbaczowowoskiej pierestrojki razem z innymi duchownymi uczestniczył w odrodzeniu Kościoła na Białorusi. Jan Paweł II mianował go arcybiskupem metropolitą mińsko-mohylewskim. Urząd ten pełnił przez kilkanaście lat. Odbudował razem z wiernymi archikatedry w Mińsku i Pińsku oraz seminarium duchowne w Pińsku. Wyświęcił wielu kapłanów, którzy do dziś ofiarnie pracują w archidiecezji mińsko-mohylewskiej i diecezji pińskiej. Był pierwszym przewodniczącym Konferencji Biskupów katolickich na Białorusi. W tragicznym wieku XX kard. Świątek był autentycznym świadkiem wiary.

Cieszył się głębokim szacunkiem przedstawicieli innych Kościołów i religii. Był człowiekiem zawsze bardzo otwartym i pełnym optymizmu. Choć Bóg dał mu długie życie to nie było ono łatwe. Mimo doświadczeń na „nieludzkiej ziemi” powrócił na Białoruś, aby ofiarnie pracować, pełnić Bożą wolę i służyć ludowi Bożemu. Przed śmiercią Bóg doświadczył go krzyżem cierpienia, które znosił z pogodą ducha.

Kard. Świątka pamiętam jeszcze jako mały chłopiec. Były to czasy komunistyczne. Ze 180 księży pracujących w diecezji pińskiej przed II wojną światową, po wojnie pozostało tylko 12. Kardynał przyjeżdżał do mojego wychowawcy, ks. prałata Wacława Piątkowskiego w parafii Derewno, i wtedy go po raz pierwszy go spotkałem. Później jako ksiądz spotkałem go w pińskiej katedrze w 1981 roku. Kardynał wkładał wtedy wiele wysiłku w odbudowę katedry. Widziałem go kiedyś, jak sam na dachu świątyni wymieniał dachówki. Pięknie odnowił wnętrze katedry i odrestaurował organy. Poprzez piękno sakralnej sztuki pragnął przyciągnąć ludzi do Boga. Był świetnym mówcą i kaznodzieją. Odszedł ostatni kapłan przedwojennej diecezji pińskiej.

W 1998 r. w katedrze grodzieńskiej osobiście wyświęcił mnie na biskupa. Przy jego boku byłem pierwszym sekretarzem generalnym Konferencji Biskupów katolickich na Białorusi. Później, w 2004 r., zostałem biskupem pomocniczym archidiecezji mińsko-mohylewskiej i przez półtora roku pomagałem kard. Świątkowi w pełnieniu obowiązków. Często go odwiedzałem. Jeszcze w tym tygodniu byłem w szpitalu, widziałem jak bardzo cierpi. Niechętnie wracał wspomnieniami do lat swoich cierpień. Odznaczał się niezwykłą pobożnością maryjną. To z jego inicjatywy na Białorusi odrodziło się wiele sanktuariów Matki Bożej.

 Kardynał Kazimierz Świątek – wspomnienia

Pomimo swych dziewięćdziesięciu pięciu lat emerytowany arcybiskup mińsko- mohylewski i nadal czynny administrator apostolski diecezji pińskiej kardynał Kazimierz Świątek nie jest wcale niemrawym staruszkiem. Trzyma się prosto, kipi energią i tryska humorem.

Twarda rzeczywistość Kościoła

Zachowuje się on tak naturalnie, ze rozmawiając z nim nikt nie odczuwa, iż współrozmówca jest purpuratem. Obrusza się, gdy ktoś nazywa go męczennikiem albo bohaterem, stanowczo protestuje też przeciwko traktowaniu go jako lidera polskości w republice i od razu przypomina, że kościół katolicki nie jest ani polski, ani białoruski, ale powszechny. Oponuje również przeciwko twierdzeniom, że uosabia tradycję polskiego trwania na Kresach Wschodnich.

,,Co najwyżej jestem twardą rzeczywistością tutejszego Kościoła” – mówi dodając, że jego losy nie były wyjątkowe. Stały się one udziałem prawie wszystkich kapłanów. ,,Na palcach jednej ręki można policzyć księży, których nie ruszono”- podkreśla kardynał. Mówiąc o sobie nie zaprzecza jednak, że jest Polakiem. Zdenerwował się, gdy po nominacji na arcybiskupa watykański „L’Osservatore Romano” podał informację, że jest on Estończykiem – wywodzi się bowiem z rodziny, dla której patriotyzm ma bardzo konkretny wymiar. Jego pochodzący z Pińczowa ojciec poległ w walkach o Wilno w 1920 r. i został pochowany na cmentarzyku wojennym na Rossie obok grobu „Matki i Serca Syna.”

Katedra do wzięcia

Rozmawiając z nim patrząc w jego pełne ufności oczy, odmrożoną twarz i pokryte bliznami ręce, każdy dziennikarz pokornieje. Śmierć dosłownie ocierała się o tego kapłana i nie potrafiła go dosięgnąć. W Workucie widział już lufę naganu przy własnej skroni, gdy sowiecki oficer przyłapał go na organizowaniu polskiej wigilii. Przeżył, wyciągnął do oprawcy rękę z symbolicznym opłatkiem i zaproponował mu, żeby zanim go zastrzeli spróbował go. Ten wziął ów kawałek chleba do ręki, schował nagan do kabury i na odchodnym mruknął: ,,Masz szczęście, że moja babka była z waszych.”

Wcześniej, w 1941 r. dwa miesiące siedział w celi śmierci brzeskiego więzienia, czekając na wykonanie wyroku. Co noc słyszał, jak wyciągano kogoś na egzekucję. Gdyby nie wybuch wojny sowiecko – niemieckiej, spoczywałby dziś w jakiejś bezimiennej mogile. NKWD nie zapomniało jednak o nim, donosiciele ustalili bowiem, że w czasie niemieckiej okupacji kierował Pruzańsko – Nadbużańskim Okręgiem AK. Bojcy aresztowali go w trzy godziny po wejściu do Prużan. Od razu trafił do Mińska, gdzie po krótkim śledztwie oświadczono mu, że szkoda dla niego kuli, bo i tak zdechnie w tajdze przy wyrębie drzewa. Przewidywania funkcjonariusza NKWD nie sprawdziły się, na Syberii szło mu całkiem dobrze. Wyrabiał sowiecką niemal niewykonalną normę, toteż wysłano go do kopalni w Workucie, by tam szczezł. Wytrzymał i to, a po dziesięciu latach, gdy zmarł Stalin, wyszedł na wolność.

,,Przyjechałem do Pińska – wspomina- w Prużanach kościół został zabrany wiernym i nie było czego w nich szukać. Wszedłem do katedry, ukląkłem przed zamurowaną w ścianie w obawie przed sowietami trumną biskupa Zygmunta Łozińskiego i zapytałem – co mam robić? Po chwili usłyszałem głos: Bierz moją katedrę! No wiec ją wziąłem…”

Pod jego okiem przekształciła się ona w jedną z najpiękniejszych świątyń na dawnych kresach Rzeczypospolitej. Odnowiona, odmalowana i wyzłocona zawsze była pełna wiernych. Zamontowany w niej system antywłamaniowy jest nowocześniejszy od tego, który działa na Wawelu. W ciągu trzydziestu siedmiu lat posługiwania w niej ks. Kazimierz Świątek zyskał sobie niekłamany szacunek wszystkich – zarówno wierzących jak i niewierzących, swoich oraz obcych. Gospodarzący w sąsiadującym z katedrą zabranym na dom wypoczynkowy „Flotylli Pińskiej” klasztorze admirał zabronił urządzać w nim dyskoteki, by nie naruszyły one ciszy i powagi kościoła.

Już w czasach Gorbaczowa przyszedł do ks. Świątka szef miejscowego KGB i po zdjęciu czapki oświadczył: „Ja jestem od szukania wrogów Związku Radzieckiego. Ponieważ ty, swiaszczenik, mówisz jawnie, że jesteś naszym wrogiem, ja niczego nie muszę już szukać i dlatego możemy być przyjaciółmi.”

Ksiądz Kazimierz ujął wszystkich swoją głęboką wiarą, pobożnością, ogromną pokorą, szacunkiem dla każdego człowieka i otwartością. Do każdej sprawy podchodził indywidualnie. Jednemu z księży z Polski, który zwrócił mu uwagę, że tak nie można, odpowiedział: ,,Kodeks prawa kanonicznego gdzieś mi się zapodział, ale za to kieruję się książką, która zawsze leży na mym biurku. Jest nią Ewangelia…”

Sam żył jak Łazarz, mieszkał kątem u dobrych ludzi, w pokoiku o wymiarach cztery na trzy metry do połowy zawalonym książkami … Co miał, rozdawał biednym. Zdrowie mu dopisywało, mimo że pracował od świtu do nocy. Oprócz Pińska obsługiwał przecież również inne parafie, w których brak było kapłanów, Jan Paweł II mianował go ponadto wikariuszem generalnym, obarczając odpowiedzialnością za całą diecezję. W wieku 77 lat dostąpił pełni kapłaństwa, zostając arcybiskupem mińsko – mohylewskim i administratorem apostolskim diecezji pińskiej.

Pierwsza przeprowadzona przez niego, trwająca kilka miesięcy wizytacja kanoniczna wszystkich parafii miała tryumfalny przebieg, wszędzie witały go wielotysięczne tłumy i udekorowane ulice. Lał deszcz, a ludzie czekali na trasie jego przejazdu, by choć przez szyby samochodu ich pobłogosławił. Kiedy kazał zatrzymać samochód i wychodził do wiernych, rozlegał się szloch, ludzie padali na kolana, całowali jego szaty i buty.

Posługa w nowej rzeczywistości

Jego posługa w nowej roli nie była łatwa. Władze niepodległej Białorusi nie uznały jego nominacji ani też nie przyjęły do wiadomości utworzenia archidiecezji mińsko – mohylewskiej i reaktywowania diecezji pińskiej. Urzędnicy zwracali się do niego ,,Kazimierzu Stanisławowiczu” i odmawiali zwrotu zagrabionych Kościołowi obiektów. Mieszkał dalej kątem u dobrych ludzi i chodził piechotą, czym przyjeżdżający z Polski księża byli naprawdę zdumieni. „Zarażał” ich swoją żywotnością i wiarą – jednego wysłał do Mozyrza tylko ze swym błogosławieństwem, bo nie znał nawet żadnego adresu tamtejszych katolików. Poradził mu: niech ksiądz idzie ulicą i mówi „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, na pewno ktoś księdza przygarnie.

Z duszą na ramieniu kapłan ten krążył po Mozyrzu, stosując się do rady metropolity. Na dwóch ulicach ludzie patrzyli na niego jak na wariata, na trzeciej usłyszał radosne: na wieki wieków! Do dzisiaj odzyskał tamtejszy kościół i klasztor.

Z biegiem czasu władze zmieniały stosunek do arcybiskupa, przekonały się bowiem, że nie zamierza on polonizować Białorusi. Księżom nakazał prowadzić nabożeństwa w takim języku, jakiego życzą sobie wierni. Sam, dobiegając osiemdziesiątki, podjął heroiczną decyzję nauczenia się białoruskiego i dziś posługuje się tym językiem dość swobodnie. Władze, reagując na jego poczynania, najpierw zwróciły mu katedrę w Mińsku, a potem klasztor w Pińsku, dając do zrozumienia, iż może urządzić w nim swoją rezydencję. Przyczyniły się do tego, oprócz postawy jego samego, częste wizyty w Pińsku zachodnich dyplomatów. Szczególne wspomnienia z niej musiał zachować zwłaszcza ambasador USA, który jadąc do drewnianej chałupy arcybiskupa Świątka o mało nie uszkodził na wyboistej drodze swojego Cadillaca. Przeżył też szok, gdy musiał umyć ręce w cebrzyku pod nią.

Tuż po tym, jak Watykan ogłosił, że arcybiskup Świątek został mianowany kardynałem, zgłosił się do niego przedstawiciel władz informując, że nie jest on już Kazimierzem Stanisławowiczem, ale wielkim synem Białorusi, pierwszym kardynałem wschodniej Słowiańszczyzny, głową białoruskiego Kościoła. Dla kardynała nic się nie zmieniło, pozostał tym samym prostym kapłanem, pochylającym się nad każdym człowiekiem. Z powodu wieku przekazał archidiecezję mińsko – mohylewską arcybiskupowi Tadeuszowi Kondrusiewiczowi. Chce doczekać końca swoich dni w Pińsku, a Ojciec Święty Benedykt XVI uszanował jego decyzję. Jest to fakt bez precedensu, gdyż żaden biskup w tym wieku nie kieruje już diecezją.

Przeczytaj także:

Niezłomny Książę Kościoła

Kara śmierci i Sybir go nie złamały

http://www.kresy.pl/publicystyka,ludzie?zobacz/kardynal-kazimierz-swiatek-1

Marek A. Koprowski


Posted in Polskie Kresy, Religia, SYLWETKI | Leave a Comment »

Wakacje od Pana Boga? – ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC

Posted by tadeo w dniu 21 Lipiec 2011


„Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam;
Ciebie pragnie moja dusza,
za Tobą tęskni moje ciało,
jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody”.
(Ps 63,2)

To dziwne, że myśląc o wakacjach, może przyjść do głowy cytat z Psalmu 63. W końcu odnosi się on do Boga… A wakacje? No właśnie. Wszyscy chyba czekają na nie z upragnieniem. Nasze ciała wyczerpane pracą, codzienną aktywnością, codziennym oglądaniem tych samych widoków, pragną odmiany, odpoczynku, wytchnienia. Dzieci, dorośli zmęczeni aktywnością na co dzień, czekają z upragnieniem na ten „magiczny” czas odpoczynku. Ci, którzy nie mogą z niego skorzystać w letnie miesiące, patrzą z zazdrością na pakujących walizki, załatwiających bilety lotnicze na Wyspy Kanaryjskie, rezerwujących domki letniskowe, hotele SPA i miejsca ze skrawkiem plaży… „Jak zeschła ziemia…”. Byleby wyjechać, oderwać się od wszystkiego…

            Niestety, w to „wszystko” tak często nie jest włączony Pan Bóg i to, co z Nim związane. Wybierając miejsce odpoczynku, rzadko myśli się o tym, czy będzie możliwość uczestniczenia np. w niedzielnej Mszy św. Biura podróży przecież nie biorą tego pod uwagę. Sami zresztą, gdyby nas o to ktoś zapytał, uśmiechnęlibyśmy się, myśląc: Też problem – będzie możliwość, to będzie, nie będzie, trudno… Ile razy spowiadamy się, że nie byliśmy na Mszy św., bo działka była daleko od kościoła, albo nie było kościoła czy księdza lub Msza była rano, a kto wstaje rano w wakacje, żeby pójść na Mszę św. .., no może starsze osoby. Po prostu w czasie wakacji Pan Bóg może poczekać, wieczność nie ucieknie, przecież pomodlę się trochę, i dobrze będzie. W KOŃCU TO WAKACJE!!!

            Urażonych czy zdziwionych przepraszam za sarkazm. Nie chodzi o zakpienie sobie czy tanie moralizatorstwo. Rzecz dotyczy życia wiecznego. Tak, również wakacje są czasem oczekiwania na życie wieczne. Wszystko, cokolwiek dokonuje się w naszym życiu, cała nasza rzeczywistość, są zanurzone w wieczności i ku niej zorientowane. Święty Paweł pisze: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10,31). Nasze życie jest poszatkowane, rozdrobnione i toczy się z coraz większą prędkością. Próbujemy pogodzić wszystkie obowiązki, powinności, odpoczynek i „sprawy religijne” i… ciągle brakuje czasu. Niestety, musimy z wielu rzeczy rezygnować lub odkładać je na później. Często pośród tych „rzeczy” jest modlitwa, sakramenty i w efekcie sam Pan Bóg.

            Życie religijne często najbardziej doznaje uszczerbku, gdy trzeba zaoszczędzić czas. Są ważniejsze sprawy. Co gorsza, dorośli wdrażają w ten sposób myślenia dzieci i młodzież. Świat jest tak absorbujący i pociągający, że Pan Bóg i Jego „sprawy” wydają się mało atrakcyjne i sprowadzane są do niezbyt przyjemnego obowiązku. A przecież ten świat przemija i my razem z nim. Kiedyś wraz z nami umrze to, o co tak zabiegaliśmy. Przypomina się Jezus mówiący do Marty, gdy ta tak bardzo się starała o sprawy ważne, choć mniej istotne: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona” (Łk 10,41). Ta najlepsza cząstka to słuchanie Jezusa, trwanie przy Nim… Mówimy sobie być może: „Mam czas, zdążę poukładać się z Bogiem, ale najpierw muszę zadbać o swoje życie…”. Tylko, że my nie jesteśmy panami naszego życia, nie jesteśmy panami czasu i nie wiemy, kiedy on dla nas się skończy. Nie nam również wybierać stosowny czas do relacji z Bogiem, gdyż to On daje nam każdy czas i każdą minutę, aby w tym, co robimy, żyć dla Niego. Wszystko, co dzieje się w naszym życiu, jest skierowane ku wieczności. Mówiąc dosadnie: ku wiecznemu szczęściu z Bogiem lub nieszczęściu bez Niego. Im wcześniej to zrozumiemy, tym lepiej dla nas.

            W innym miejscu św. Paweł pisze: „Sam Bóg pokoju niech całkowicie uświęca was całych, aby nietknięty duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa” (1 Tes 5,23). Bóg dał nam nie tylko duszę, ale i ciało. I o te dobra mamy dbać z troskliwością. O ile można zadbać o duszę jakimś kosztem ciała, o tyle odwrotna kolejność może przynieść opłakane skutki. Dbanie o ciało kosztem duszy przynosi skutki opłakane. Wcale nie daje prawdziwego odpoczynku, a chwilowa regeneracja ma coraz krótszy efekt.

Nasze życie zanurzone jest w wieczności. Tutaj, na ziemi, uczymy się jej. Im wcześniej ku niej będziemy skierowani, tym więcej prawdziwych owoców przyniesie nasza codzienność.Jeśli DZISIAJ nie usłyszymy głosu Boga, jeśli DZISIAJ nie ujrzymy Go w Jezusie Chrystusie, w słowie Bożym, w stworzeniu, to być może, gdy staniemy przed Nim po śmierci, nie rozpoznamy Go, bo tak bardzo będzie nam obcy. Spotkanie z Nim będzie zagrożeniem i powodem lęku. Skąd bowiem pewność, że to do nas nie powie kiedyś: „Nie znam was”…

Każdy dzień może być przeżywany jako dar, jedyny w swoim rodzaju. Może innych nie będzie… „Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody” (Ps 63,2). Czy te słowa wyrażają tęsknotę naszej duszy i ciała za Bogiem? Nawet w czasie wakacji, w wolnym czasie? Bóg odpoczął po ukończeniu stwarzania świata. Nawet więcej: ten odpoczynek jest częścią aktu stwórczego. Tak więc i odpoczynek wpisany jest w drogę duchową. Ale odpoczynek w Jego obecności. W oderwaniu od niej staje się jałowym działaniem, kolejnym etapem w drodze donikąd…

http://www.pielgrzymki.org.pl/akw66Zarzeczny.htm

Posted in Religia | Leave a Comment »

Śmiertelna choroba to też miłosierdzie?

Posted by tadeo w dniu 21 Lipiec 2011

Jak „mówi Ojciec Kościoła Ambroży w przemówieniu z okazji pogrzebu swego brata Satyra: «To prawda, że śmierć nie należała do natury; Bóg bowiem od początku nie ustanowił śmierci, ale dał ją jako środek zaradczy […]. Z powodu wykroczenia życie ludzkie stało się nędzne, upływało w codziennym trudzie i nieznośnym płaczu. Trzeba było położyć kres złu, aby śmierć przywróciła to, co utraciło życie. Nieśmiertelność jest raczej ciężarem niż korzyścią, jeżeli nie rozświetla jej łaska». Już wcześniej Ambroży powiedział: «Nie należy płakać nad śmiercią, gdyż prowadzi ona do zbawienia».

Niezależnie od tego, co dokładnie chciał powiedzieć św. Ambroży w tych słowach – prawdą jest, że gdyby śmierć została wyeliminowana lub odsunięta w nieskończoność, ziemia i ludzkość znalazłyby się w sytuacji niemożliwej i nie przyniosłoby to korzyści również samej jednostce. Oczywiście jest pewna sprzeczność w naszym postępowaniu, która wiąże się z wewnętrzną sprzecznością naszej egzystencji. Z jednej strony nie chcemy umierać; zwłaszcza ci, którzy nas kochają nie chcą naszej śmierci. Z drugiej jednak, nie pragniemy też istnieć w nieskończoność, a także ziemia nie została stworzona z taką perspektywą. Czego więc tak naprawdę chcemy? Ta paradoksalność naszej własnej postawy rodzi głębsze pytanie: czym w rzeczywistości jest «życie»? Co w rzeczywistości oznacza «wieczność»?”

Z encykliki „Spe salvi” (p. 10 i 11) Benedykta XVI:Naszym przeznaczeniem jest piękne niebo, ale większość z nas powoli, z oporami, a często z buntem dojrzewa do przejścia na tamtą stronę…”

Śmiertelna choroba daje szansę przez dar czasu!

Mimo pokusy nadaktywności w szukaniu możliwości wyleczenia, choroba nieuleczalna często „wymusza” na chorych i rodzinie wiele słów i gestów, które pogłębiają miłość. Łatwiej w takiej sytuacji wypowiedzieć słowa przebaczenia. Łatwiej tak na nowo przez słowa i codzienną opiekę powiedzieć: „Kocham cię…”. Po śmierci zaś ukochanej osoby jest większa szansa nie mieć do siebie pretensji, że czegoś się nie powiedziało.
Wspaniale jest, jeśli chory nieuleczalnie i jego rodzina wspólnie przygotowują się do spotkania z Bogiem i z bliskimi po tamtej stronie. Większość jednak ludzi boi się takiej drogi, gdyż nie dowierza, że jest to droga wzrostu dojrzałości i świętości. Na pewno droga trudna…
Nie rozmawiając z chorym o sprawach ostatecznych, zostawia się go w wielorakich cierpieniach związanych z samotnością i niepewnością. W ilu rodzinach zużywa się ogromną energię, aby wzajemnie, jak mówią, siebie oszczędzić. Ileż wtedy pięknych i ważnych słów nie będzie wypowiedzianych. A czyż nowe życie i ostateczne potwierdzenie miłości aż do śmierci nie są sprawami najgłębszymi?

Co jakiś czas z niektórymi chorymi umawiam się na ich pogrzeb. To nie horror! ale miłość do końca. Na przykład Jadwiga, której Bóg przedłużył życie o kilka lat. Ma przerzuty raka. Cieszy się, że córka żyje porządnie, że ma dobrego narzeczonego. Wie już, że nie będzie długo cieszyć się jej życiem. Mówi, że jest realistką, wie o postępie choroby, więc prosi, abym był na jej pogrzebie. To jest dojrzałość…

Mamy w hospicjum także nieuleczalnie chorych młodych ludzi, którzy po trudnych zmaganiach z pytaniem o sens życia w końcu stają się radośni i czuli wobec bliskich. Dlaczego? Bo przychodzi wyzwolenie z lęku przed śmiercią.
Często mówię o Piotrze, który 4 dni przed śmiercią przeczuwał, kiedy odejdzie, dlatego mógł nie tylko pożegnać rodzinę i przyjaciół, ale i obdarować ich gestami miłości. Jego dojrzałość przemieniła rodzinę i otoczenie; mama jest wolontariuszką w hospicjum, a młodsza siostra w swojej szkole podstawowej organizowała zbiórki charytatywne.

W naszym hospicyjnym programie z cyklu „Warto rozmawiać” można było usłyszeć relację matki, której 6-letni Antoś po zmaganiach z leczeniem i po jego dziecięcych rozterkach w końcu sam poczuł, że już czas z powodu następnego ataku choroby. Wtedy, jak mówi jego mama, ten maluch przed śmiercią chciał każdemu zostawić trochę ciepła dobrego słowa i garść bezinteresownej czułości.

Chorzy, dojrzali w swojej chorobie, bez względu na wiek, w jakiś sposób nie są już porwani przez śmierć, ale nad nią panują. Oni znają czas swojego odejścia, dlatego mogą zwołać rodzinę i przyjąć Wiatyk – jedyny pokarm na życie wieczne.

Niektórym się wydaje, że dojrzałość to nieustanny wzrost. Objawienie Boże i głębokie doświadczenie życia pokazuje, że nie ma dojrzałości w miłości – bez ogołocenia, bez tracenia wielu dobrych rzeczy, aby rozwinęły się te najgłębsze.

Choroba śmiertelna może:
– przez zmęczenie cierpieniem – ujawnić wyraźnie fakt, że życie na ziemi to jeszcze nie to prawdziwe życie;
– przez postępującą bezradność – dać odczucie marności stworzenia, co prowadzi do niepokładania nadziei w rzeczach przemijających, ale raczej w Bogu;
– przez odkrycie trudu członków rodziny – sprawić gotowość odejścia chorego ze względu na miłość do bliskich;
– przez pozbycie się w cierpieniu wielu złudzeń – dać gotowość do pojednania i wzrostu miłości;
– przez rezygnację – stworzyć szansę odkrywania pokoju serca, który Bóg daje z góry pokornym;
– przez zrezygnowanie z nieświadomego ubóstwiania ludzi i rzeczy – obudzić pragnienie nieba i zasmakowanie w nim już tu, na ziemi.

Tak, śmiertelna choroba, choć może fizycznie zniszczyć człowieka, może też stać się – dzięki niezgłębionemu miłosierdziu Boga – tajemniczym narzędziem owego miłosierdzia. 

„To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i we krwi Baranka je wybielili” (Ap 7,14).

ks. Andrzej Dziedziul MIC,
Dyrektor Ośrodka Hospicjum Domowe
Zgromadzenia Księży Marianów

http://www.pielgrzymki.org.pl/akw53Dziedziul.htm

Posted in Miłosierdzie Boże, Religia | Leave a Comment »

„Zaufaj Panu, a On sam będzie działał”

Posted by tadeo w dniu 21 Lipiec 2011

Redakcja „Z Niepokalaną” przeprowadziła sondę na temat: Na jaki plan Boga wobec ciebie odpowiedziałeś w swoim życiu? Poniżej zamieszczamy odpowiedzi naszych Rozmówców:

„Zaufaj Panu, a On sam będzie działał”

- W pierwszej pobieżnej refleksji odpowiedź na postawione pytanie wydaje się dość prosta. Mianowicie moja obecna droga życia jest już ustalona i potwierdzona przez Kościół: złożyłem wieczyste śluby zakonne i przyjąłem święcenia kapłańskie w Zgromadzeniu Księży Marianów. To zaś wyznacza zakres prac i obowiązków w służbie dla Chrystusa i Kościoła oraz nieustanny własny rozwój i dojrzewanie w wierze, nadziei i miłości.
Głębsza refleksja pozwala mi dostrzec coś więcej, bo dociera do głębi istoty konsekracji. W języku łacińskim consecrare, oznacza ofiarować, poświecić Bogu. Od dnia moich ślubów zakonnych moje życie w całości zostało poświecone Bogu, jako odpowiedź na Jego inicjatywę. Samej konsekracji dokonał On sam, przy mojej jasno i dobrowolnie wyrażonej decyzji. Innymi słowy wszystko co przynależy do mojej ludzkiej kondycji należy do Boga, nawet własna wola, przy jednoczesnym zachowaniu wolnej woli, której Bóg nie niweczy.
Moje przeżywanie konsekracji jest nacechowane pogłębioną relację miłości z Jezusem, wchodzeniem we wzajemną zażyłość, jest nieustannym pragnieniem i przeżywaniem utożsamienia się z Nim. Spełnianie Bożego planu, tak naprawdę, realizuje się dopiero teraz, kiedy coraz szersze i głębsze obszary mego życia są Nim przesycone. Daję się prowadzić Duchowi Świętemu, aby jak najpełniej odczytać, podjąć decyzję i zrealizować Boży zamiar wobec mnie, na dany czas. Zawierzenie mojego życia Bogu na wzór Maryi jest głębokim pragnieniem mojego serca. Wierzę, iż kiedy będę obumierał sobie, Pan będzie mógł w pełni zrealizować swój plan, który dla mnie przewidział.

ks. Jan Migacz MIC,
magister nowicjatu marianów

- Na jaki plan Boży odpowiedziałem w moim życiu? Raczej: na jaki staram się odpowiadać? Owym planem Bożym wobec mnie jest dar powołania do życia zakonnego. Wychowywałem się w bardzo dobrej, kochającej się rodzinie. Razem modliliśmy się każdego wieczora, razem jeździliśmy na niedzielną Mszę św. Po I Komunii św. zostałem ministrantem. Kiedy myślałem o tym, kim będę w przyszłości, pojawiała się chęć zostania księdzem. Nie przeszkadzało mi to jednocześnie planować, że założę rodzinę, będę miał dzieci. Na przełomie szkoły podstawowej i średniej poznałem marianów. Moja babcia poprosiła mnie o pomoc w wypełnieniu deklaracji członkowskiej Stowarzyszenia Pomocników Mariańskich, w tym też samym czasie pojechałem na pielgrzymkę do Lichenia, gdzie, jak się później dowiedziałem, posługują Księża Marianie. Wtedy uznałem, że jeżeli Bóg mnie powołuje, to tylko do marianów.
Zacząłem jeździć na rekolekcje powołaniowe, a tam ksiądz Rafał uspokajał mnie i mówił: „Pytaj się Jezusa, gdzie ciebie chce”. W tamtym czasie trudno mi było to zrozumieć. Przez okres liceum, dochodziłem do przekonania, że Bóg chce mnie u marianów. Po maturze wstąpiłem. Okres postulatu i nowicjatu uświadomił, jak wiele przede mną pracy, jeśli chodzi o słuchanie i odpowiadanie na wolę Bożą. I nawet teraz w seminarium pojawiają się chwile zwątpienia, pojawiają się pytania, czy to naprawdę ma sens. Pan Bóg jednak wyraźnie mi mówi przez swoje Słowo, drugiego człowieka, że chce abym podążał za Nim dalej drogą rad ewangelicznych. Powołanie zakonne można zagubić, rozmienić na drobne, jest jak weksel, którego żyrantem jest Bóg, dlatego cały czas staram się odkrywać Jego obecność w moim życiu i Jego plan wobec mnie.

Łukasz Wiśniewski MIC,
student III roku
seminarium Księży Marianów w Lublinie

- Zastanawiam się od dawna nad pytaniem: Jaki plan wobec mnie ma Pan Bóg? Teraz widzę, że najważniejszym planem Boga jest to, abym był w Kościele. Kiedy jestem blisko Pana Boga, widzę, jak kiedyś byłem daleko.
Myślę, że drugą kwestią są moje studia. Kiedy na nie zdawałem, modliłem się mówiąc: „Panie, jeśli chcesz, abym się dostał, to się dostanę, a jeśli to nie ten kierunek, to pokaż mi inny”. Szczerze mówiąc, nadal modlę się o rozpoznanie planu Boga na moje życie. Wiem, że On ma wobec mnie jakiś plan, i jest tylko sprawą czasu, abym go rozpoznał.

Michał,
student II roku USKW w Warszawie

Poszłam szukać tej drogi mając 20 lat. Głęboko w duszy słyszałam głos pójścia drogą ubóstwa, drogą Jezusa. Niestety, przez długi czas zagłuszałam go powtarzając, że Jezus mnie nie wybrał. Kiedy szłam swoją drogą, nie było na niej tyle radości, pokoju, ile odczuwam teraz. Bóg doświadczał, karcił, wskazywał przez ludzi różne zdarzenia, a ja stawiałam Mu opór. I tak trwało 2 lata, aż moim powołaniem zajęła się Maryja i zaczęła mnie prowadzić.
Modlitwą na różańcu prosiłam już o rozeznanie zamysłów Bożych. Dni leciały jeden za drugim. Dzięki łasce Bożej zaczęłam myśleć o życiu zakonnym, o służbie Bogu i bliźnim tak poważnie, że żadne ludzkie odmowy pójścia tą drogą nie zagłuszyły tego zaproszenia. Bóg, posługując się ludźmi jako narzędziami, wskazał mi też zgromadzenie, w którym przygotował dla mnie miejsce. Bogu dziękuję za tę drogę. Nigdy nie myślałam, że tak mną pokieruje. On wybrał to, co było i jest w oczach świata małe.

s. Oksana z Litwy,
niehabitowe Zgromadzenie Córek Maryi Niepokalanej

- Przede wszystkim musiały zostać zburzone moje plany, co nie odbyło się bez bólu i głębokiej frustracji. Nie zostałem świetnym piłkarzem ani członkiem zespołu muzycznego. Nie zostałem też wspaniałym mistrzem kung-fu, o czym bardzo marzyłem.
Pan Bóg niekiedy stanowczo, a kiedy indziej łagodnie ustawiał mnie na swoim miejscu. „Dzięki” chorobie (wolny czas!) trafiłem na katechezy Drogi Neokatechumenalnej i od tego momentu następował mój powrót na łono Kościoła, gdzie odkrywałem jego piękno i wartość, gdzie odkrywałem Boga i …siebie.
Powiedziałem Panu Bogu „tak” na małżeństwo w czasie, kiedy byłem zrezygnowany i samotny. Bóg sam wskazał mi przyszłą żonę i pomógł podjąć właściwą decyzję, za co jestem Mu ogromnie wdzięczny. Wiara, Kościół, rodzina, zbawienie – to rzeczy, na które odpowiadam Panu Bogu.

Ewaryst Polak,
czworo dzieci 

- Myślę, że podstawową sprawą jest powołanie do życia małżeńskiego. Długo szukałam swojego powołania. Byłam otwarta i na życie zakonne i na małżeństwo, ale nie pozwalałam, by Pan Bóg rzeczywiście mną kierował, bo w głębi mojego serca bałam się, że powoła mnie do samotności.
Pan postawił na mojej drodze mężczyznę, w którym się zakochałam, ale on nie odwzajemnił tego uczucia. Smutna, zmęczona, lecz i dojrzalsza, dopiero po około rocznej szarpaninie poddałam się Bogu i zgodziłam, by to On wybrał dla mnie to, co jest najlepsze. NAWET SAMOTNOŚĆ! I dopiero wtedy Bóg dokonywał cudów w moim życiu: dał mi pokój i radość, a mężczyźnie (którego wcześniej pokochałam) poruszył serce i wzbudził do mnie miłość.
Obecnie jesteśmy już małżeństwem od 18 lat i mamy czworo wspaniałych dzieci. Chwała Panu!

Krystyna Polak, żona Ewarysta,
czworo dzieci

http://www.pielgrzymki.org.pl/akw38sonda.htm

Posted in Religia | Leave a Comment »

Brać czy dawać? – ks. Janusz Zawadka MIC

Posted by tadeo w dniu 21 Lipiec 2011


Komu łatwiej jest dawać: biednemu czy bogatemu?

Komu łatwiej jest brać: ubogiemu czy zamożnemu?

Czy warto poświęcać się, dawać? Czy ktoś nas nie zechce wykorzystać? Czy więcej jest radości w dawaniu, czy też w braniu? Te i inne pytania dotyczą tematu starego jak świat.

Jest on nieodłącznie związany z historią człowieka. Już od najmłodszych lat uczymy się go przez rodziców, szkołę i dom, zdolności brania i dawania, dzielenia się i otrzymywania.

Pismo św. przytacza wiele przykładów np. sknerstwa, chciwości, dobroci, szczodrobliwości. Komu łatwiej przejść przez ucho igielne (Mk 10,23-27), wielbłądowi czy człowiekowi?

Bogacz, którego Jezus przytacza za przykład, zgromadził tak wiele dóbr, że przysłoniły mu one świat. Można powiedzieć, że chce się on wepchać do nieba z tym wszystkim, co ma. Przejście przez bramę staje się dla niego niemożliwe, ona jest za ciasna, tak jak i jego serce. Człowiek ten nie zauważa zależności nieba od dobroci, zbawienia od dziękczynienia, radości od dzielenia się. W takim wypadku bezrozumnemu zwierzęciu, tj. wielbłądowi, będzie łatwiej przejść przez ucho igielne niż człowiekowi.

Podobną postawę widać u bogacza, któremu obrodziło pole (Łk 12,16-21). Kazał on zburzyć spichlerze i pobudować nowe, aby móc jeszcze bardziej cieszyć się swoim bogactwem. Upojony posiadaniem, jest obrazem całkowitego zaprzeczenia dawania, dzielenia się z innymi. Nikt nie wydaje się wolny od takiej pokusy. Dotyczy ona każdego człowieka niezależnie od wieku i stanu posiadania. Oto pewnego razu jakiś młodzieniec pyta Jezusa, co ma zrobić, aby się zbawić? (Mk 10,7-22) Jezus proponuje mu, aby sprzedał to, co ma i rozdał ubogim. Propozycja odnosi się do człowieka, który jest na wysokim poziomie moralnym (od najwcześniejszej młodości zachowywał wszystkie przykazania). Niestety, to wszystko okazało się za mało. Nasz młodzieniec odszedł smutny, bowiem posiadał zbyt wiele majętności.

Przykładem wielkiej szczodrobliwości w Ewangelii jest niewątpliwie postawa Zacheusza (Łk 19,1-10). Wcześniej był on powszechnie uznawany za skąpca i chciwca. Po cudownym spotkaniu z Jezusem, z miejsca oddaje połowę swojego majątku. Tym, których skrzywdził, w czwórnasób wynagradza.

Dążność do bogacenia się charakteryzuje negatywnie coraz bardziej nasze społeczeństwo. Przybywa postaw nacechowanych egoizmem, zadowoleniem z siebie i konsumpcją. Tak zwana znieczulica nierzadko wypływa ze sloganów, jakimi zwykliśmy się karmić: “nie opłaca się być dobrym”, “niech inni pomagają, bo mnie nie stać”, “nie mam czasu”, “nie mam pieniędzy” itp. Coraz częściej przechodzimy ulicą obojętnie. Zdarza się i tak, że dający poniżają. Pytanie czy dawać? nie straciło nic na aktualności w obliczu coraz większych niesprawiedliwości i poszerzającego się obszaru ubóstwa. Wręcz przeciwnie! Czasami, zwłaszcza na dworcu lub na ulicy, doświadczamy bezradności, co robić! Nikt nie da gotowych recept, bo takowych nie ma.

Wzorem dla chrześcijanina jest zawsze Jezus i Jego dobroć. Bez Niego wszystko byłoby bezsensowne. Na pewno dar uczyniony drugiemu jest wielką radością, którą można samemu odczuć. Radość, a nawet łzy szczęścia widziane u człowieka, któremu coś się dało czy pomogło, potęgują radość u dającego. Może to właśnie miał na myśli Jezus, kiedy mówił: “Dawajcie, a będzie wam dane”; “Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi”.

Jakże wielu ludzi okazuje serce innym, bo sami stali się dłużnikami innych. Ojciec Piotr (Abba Pierre) zasłynął z tego, że pomógł spotkanemu na moście człowiekowi, dał mu różaniec, przyjął do siebie. Potem okazało się, że był to zabójca, który skończył właśnie odsiadywanie wyroku i nie miał dokąd się udać. On to był jednym z pierwszych, który razem z Abba Pierre’em zaczął budować pierwsze wspólnoty Emmaus, wspólnoty dla najuboższych, bezdomnych, łachmaniarzy. Ileż to osób “kupiła” swoją dobrocią bł. już Matka Teresa z Kalkuty. Jej, jak to się zwykle mówi i zazdrości, wcale nie było tak łatwo. Nie miała co ani z czego dawać, bo sama była biedna. Wystarczyło jej nadzwyczaj gorące serce. Ileż musiała cierpieć, kiedy np. podarowując matce z dzieckiem na ręku kubek mleka, zauważała, że się spóźniła – dziecko było już tak wygłodzone, że na jej oczach zmarło. “Nikt nie może powiedzieć, że nic nie ma do dania drugiemu. Każdy z nas ma chociażby jeden talent, którego inny człowiek nie posiada” – zwykł mawiać papież Jan XXIII.

Co więc robić, dawać czy nie, dzielić się z innymi, czy też zachować dla siebie? Komu łatwiej: dającemu czy biorącemu? Bez przykładu Jezusa wszelkie próby spojrzenia na tę kwestię będą wyglądały mizernie.

Największym dla nas przykładem, wzorem “dawania i brania” jest sakrament Eucharystii. W pierwszym rzędzie Eucharystia to dziękczynienie, zaproszenie do bycia dobrym, do szczodrobliwości, do dzielenia się. Tej szkoły świat nie powinien zapomnieć. Tej szkoły tym bardziej chrześcijanin nie może zaprzepaścić. Mówiąc inaczej, Komunia św., ta, którą się przyjmuje na Mszy św., to szkoła dziękowania. Eucharystia jest darem Ojca, który przemienia świat. Każdy dar, jaki my czynimy drugiemu człowiekowi, przemienia podwójnie: po pierwsze serce obdarowanej osoby, po drugie – osobę obdarowującą czyni lepszą.

Eucharystia jest też szkołą brania. Tutaj wszyscy jesteśmy biedni, przerażająco biedni. Żaden stan urodzenia, szlachetny tytuł, stanowisko ani konto bankowe nie mają najmniejszego znaczenia. Przychodzimy do Chrystusa, aby nam dał… życie, zdolność do miłowania, pokój, zdrowie itd. Chrystus daje, abyśmy i my dawali innym. Jeszcze inaczej, Chrystus przebacza nam, abyśmy i my przebaczali innym. Chrystus kocha nas, abyśmy ty i ja kochali innych. Nie ma Eucharystii dla samego siebie. Chrystus daje nie poniżając, nie oblicza strat i zysków. Ponoć najbardziej onieśmielają darmowe prezenty. I tak chyba jest. Eucharystia to darmowy prezent, który onieśmiela. Niestety, wielu ludzi można napotkać wśród chodzących do kościoła, którym koło nosa przechodzi ta prawda. Co więcej, pokochani przez Chrystusa, boją się pokochać samych siebie i obdarować tym darem innych. “Każdy ma coś, czego inny człowiek nie posiada”. “Każdy ma coś, co mógłby innemu podarować”.

http://www.spm.pl.pl/akw37zawadka.htm

Posted in Religia | Leave a Comment »

STRONA BRACI MNIEJSZYCH KAPUCYNÓW POŚWIĘCONA KATECHEZIE

Posted by tadeo w dniu 20 Lipiec 2011

https://www.kapucyni.pl/

Posted in POLECAM, Religia | Leave a Comment »

Tomasz Adamek – świadectwo

Posted by tadeo w dniu 20 Lipiec 2011

Świadectwo Tomasza Adamka wygłoszone podczas IX pielgrzymki młodych słuchaczy Radia Maryja.

Zobacz także:

Pseudonim GÓRAL – wywiad z Tomaszem Adamkiem

Posted in POLECAM, Religia, Świadectwa | Leave a Comment »

Radosław Pazura – jego historia i świadectwo

Posted by tadeo w dniu 20 Lipiec 2011

 

Posted in Filmy - Polecam, Filmy religijne, Religia, Świadectwa | Leave a Comment »

Twoja wiara

Posted by tadeo w dniu 20 Lipiec 2011

Film zrobiony przez braci Kapucynów:

http://www.katecheza.kapucyni.krakow.pl/pokazy/wiara.avi

Posted in Filmy - Polecam, Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Agnieszka Radwańska nie wstydzi się Jezusa

Posted by tadeo w dniu 20 Lipiec 2011

Słynna tenisistka zachęca wszystkich do noszenia breloków z krzyżem oraz odważnego przyznawania się do swojej wiary.

 

Posted in Nie wstydzę się JEZUSA, Religia, Świadectwa | Leave a Comment »

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 383 obserwujących.