WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • Słowo Boże na dziś

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Polskie Kresy’ Category

Wędrówki po Kresach – Rośnie młode pokolenie Polaków

Posted by tadeo w dniu 8 Maj 2012

Rozpoczęcie roku szkolnego

Najwięcej Polaków w Szepietówce mieszka w dzielnicy zwanej potocznie Szanghajem. Dlaczego akurat tak się nazywa, tego dokładnie nikt nie wie i specjalnie się nad tym nie zastanawia. Szanghaj to Szanghaj i już. Dzielnica leży na uboczu miasta i przypomina wieś. By do niej trafić, trzeba samochodem skręcić za kościołem, a przed zdewastowanym polskim cmentarzem w prawo i pojechać kilka kilometrów szosą wśród lasów, w stronę torów kolejowych. Szanghaj leży po obu ich stronach. Dlaczego Polacy akurat tu się osiedlili, też dokładnie nie wiadomo. Większość z nich stanowi element napływowy. Co prawda pochodzą z tych terenów, ale znaczna ich część ma za sobą często tragiczne przejścia, w tym zesłanie do Kazachstanu. Jedną z nich jest Bronisława Kaczorowska, urodzona rok przed wybuchem na Ukrainie Wielkiego Głodu w 1932 r. Była najstarszym dzieckiem Teofila i Dominiki Danilewiczów. Jej matka z domu nazywała się Radziechowska. Mieszkali we wsi Hendriwka w polskim rejonie autonomicznym zwanym Marchlewszczyzną. Kaczorowska cudem przeżyła Wielki Głód, w trakcie którego zaczęła puchnąć i nawet kochający ją rodzice przestali wierzyć, że przeżyje.
Rodzinie udało się jednak przetrwać głód. Kolejne niebezpieczeństwo zawisło nad rodziną Danilewiczów w 1936 r., gdy władze sowieckie przystąpiły do likwidacji Marchlewszczyzny, wywożąc mieszkających w niej Polaków do Kazachstanu i najbardziej opornych rozstrzeliwując na miejscu. Ojciec pani Bronisławy nie czekał aż nocą zastukają do jego chaty funkcjonariusze GPU. Postanowił z rodziną przenieść się do Szepietówki, gdzie można było dostać pracę przy wyrębie lasów. Te przenosiny były oczywiście najzwyczajniejszą ucieczką.

Pierwszy dzwonek

W czasach sowieckich przenosić się z miejsca na miejsce wolno było tylko za specjalnym zezwoleniem. Chłop był de facto niewolnikiem, który poza obszar rejonu mógł wyjechać tylko z „komandirowką”. Początkowo więc rodzina Danilewiczów żyła jak „bieżeńcy”, ukrywając się w lesie. Pod korzeniem zwalonego drzewa pan Teofil urządził coś w rodzaju szałasu, w którym zamieszkał z rodziną. Dla Danilewiczów były to straszne czasy. Żywili się grzybami, jagodami, a gdy ich nie było – trawą, ziołami i korą drzew. Ich los poprawił się, gdy pan Teofil dostał pracę w lesie. Dobrzy ludzie pomogli mu ją otrzymać ukrywając fakt, że uciekł przed wywózką. Po pewnym czasie rodzinie przydzielono mieszkanie. Umieszczono ich w zbiorczym baraku, w którym żyły jeszcze cztery inne rodziny. W porównaniu jednak z „ziemlanką” stanowił on dla Danilewiczów prawdziwy pałac. Później ojciec zbudował niewielką chatynkę. Pani Bronisława do szkoły nie chodziła. Musiała zajmować się młodszym rodzeństwem. Miała ona wówczas już jedenaścioro rodzeństwa. Rodzice byli głęboko wierzący i z radością przyjmowali każdego potomka.
– Wychowywali nas na osoby wierzące i stale przypominali nam, że jesteśmy Polakami, że Polak i katolik to jedno – wspomina pani Bronisława. – Ojciec starał się nas sam uczyć po polsku. Z książeczki do nabożeństwa nauczył mnie czytać i modlić się w ojczystym języku, za co mu jestem bardzo wdzięczna. Ja swoje dzieci także wychowałam na Polaków, choć było to trudne. Trzeba było jeździć do kościoła w Połonnem, choć my i tak mieliśmy do niego stosunkowo blisko…
Obecnie pani Bronisława chodzi z trudem, od dawna jest emerytką i dzieli losy najstarszego pokolenia mieszkańców Ukrainy. Modlitwa to główne jej zajęcie. Nie jest już w stanie chodzić do kościoła, o odrodzenie którego w Szepietówce walczyła wraz z innymi Polakami z Szanghaju. W jej chacie zaczęła formować się pierwsza grupa Polaków walczących o rejestrację parafii w Szepietówce.
– Początkowo modliliśmy się w mojej chacie – wspomina pani Bronisława. – Zapraszałam na Mszę św. wszystkich sąsiadów, o których wiedziałam, że są wierzący. Później zaczęliśmy spotykać się w innych chatach. Chętnych do udziału we Mszy św. z tygodnia na tydzień było bowiem coraz więcej. Ksiądz Antoni kazał nam zbierać się w takich, które miały podwórka, by wszyscy chętni mogli uczestniczyć w odprawianej w chacie Mszy św. Po pewnym czasie za radą ks. Antoniego urządziliśmy plac z ołtarzem, na którym zbierało się po kilkaset osób. Jednocześnie zaczęliśmy walczyć o budowę kościoła. Po długich staraniach udało się nam uzyskać zgodę i przystąpiliśmy do wznoszenia świątyni. Wraz z dorosłymi dziećmi chodziłam pomagać ks. Stanisławowi Szyrokoradiukowi. Podobnie wszyscy Polacy z Szanghaju. Dziś raz w miesiącu przyjeżdża do mnie kapłan, by mnie wyspowiadać i udzielić Komunii św. Jestem z tego bardzo zadowolona, bo będę mogła odejść jako Polka i katoliczka.
Wiera Duda reprezentuje w Szepietówce najmłodsze pokolenie Polaków, od którego będzie zależeć ich przyszłość w tym mieście.
– Kiedy byłam jeszcze dzieckiem, polskość w naszej rodzinie nie była podkreślana przez moich rodziców – wspomina. – W rodzinie nikt na co dzień nie mówił po polsku. Dziadek trochę znał ten język. Babcia jeździła do czynnego kościoła w Połonnym. U dziadka było jednak sporo polskich książek, z których sama mogłam się uczyć języka polskiego. Do matury nauczyłam się go na tyle, że postanowiłam, iż zostanę nauczycielką i będę uczyć dzieci języka polskiego, by nie musiały dochodzić do jego znajomości z takim trudem, jak ja. Dostałam się na studia na Uniwersytet w Równem, gdzie ukończyłam Instytut Słowianoznawstwa, zdobywając dyplom nauczyciela języka polskiego i angielskiego. Zaczynałam od nauczania angielskiego w Liceum w Szepetówce jako przedmiotu obowiązkowego. Polskiego uczyłam na zajęciach fakultatywnych.
W 2008 r. Wiera podjęła się nauczania dzieci w Grudniawce. Dojeżdża do tej miejscowości trzy razy w tygodniu. Wychodzi z domu tuż po szóstej. Wraca o szesnastej, ale po drodze zazwyczaj wstępuje do kościoła i wtedy jest w domu sporo później. Często pada z nóg, ale bynajmniej nie chce uchodzić za bohaterkę, czy „siłaczką” niosącą polskim dzieciom kaganek oświaty. Robi po prostu to, co lubi.
– Wiejskie dzieci są bardzo otwarte i chętnie się uczą – podkreśla. – Nie są zniszczone przez współczesną cywilizację. Praca z nimi bardzo się mi podoba. W sumie w szkole w Grudniawce mam 24 godziny języka polskiego. Łącznie uczę dwieście pięćdziesięcioro dzieci. Sto z nich pochodzi z Grudniawki, a pozostali z okolicznych miejscowości, w których mieszka sporo Polaków. Są to Czerwony Cwit, Rudnia Nowenka, Klimentowyczy i Bronki.
Entuzjazmu pani Wierze można istotnie pozazdrościć. Szkoła wiejska w Grudniawce znaczenie różniła się od liceum w Szepietówce. Była zaniedbana i funkcjonowała zupełnie po sowiecku.
– Polecano mi zajmować się tylko uczniami zdolnymi, którzy coś potrafią a machnąć ręką, na tych, którzy do nauki nie mają talentu – mówi Wiera Duda. – Tak postępują bowiem wszyscy nauczyciele i nie powinnam się wyłamywać. Obiecałam sobie, że ja taka nie będę. Zaczęłam intensywnie pracować m.in. z uczniem z szóstej klasy, który w wyniku panującej w szkole praktyki nie umiał czytać i pisać po polsku. Zamiast liter rysował kółka. Po kilku miesiącach poznał już łaciński alfabet i zaczął czytać i pisać po polsku na elementarnym poziomie. Podobnie było z dwiema dziewczętami, które dopiero po pewnym czasie przyznały się, że nie nauczyły się wiersza, który im zadałam, bo nie umieją czytać po polsku. Gdy się nimi zajęłam bardzo szybko nauczyły się czytać w języku przodków. Stały się bardzo aktywne na lekcjach. Z dziećmi trzeba po prostu dużo pracować żeby osiągnąć efekt.
Wiera Duda należy też do Rejonowego Oddziału Związku Polaków na Ukrainie, kierowanego przez Walentynę Pasiecznik. Pani prezes jest bardzo zadowolona z pracy Wiery. Uważa, że bardzo mało jest nauczycieli tak oddanych dzieciom. Dlatego chce, by Wiera uzupełniła swoje wykształcenie w Polsce, na studiach podyplomowych w Lublinie. Wtedy jeszcze lepiej będzie mogła służyć polskiej społeczności.
– Zależy nam bardzo, żeby ukończyła studia z zakresu nauczania początkowego – podkreśla. – Wtedy bowiem będziemy mogli z jej umiejętności korzystywać także w Szkole Polskiej w Szepietówce, do powstania której dążymy.

tekst i fot. Marek A. Koprowski

http://www.zrodlo.krakow.pl/rocznik-2011/numer-33-2011/wedrowki-po-kresach/

Posted in Historia, Polskie Kresy, Wspomnienia | Leave a Comment »

Historia we wspomnieniach – Żadnej rozmowy nie będzie…

Posted by tadeo w dniu 8 Maj 2012

W nocy z 6 na 7 lipca 1944 roku oddziały partyzanckie Okręgu Wileńskiego i Nowogródzkiego Armii Krajowej, pod dowództwem płk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”, rozpoczęły operację „Ostra Brama” – czyli walki o wyzwolenie Wilna. Nacierające z kierunku Smorgoni wojska sowieckie wykorzystały akcję AK i przejęły atak, zdobywając Wilno 13 lipca, po czym nakazały polskim oddziałom opuszczenie miasta. 17 lipca płk Krzyżanowski i inni oficerowie zostali zaproszeni przez Rosjan na rozmowy o utworzeniu polskich regularnych jednostek wojskowych. Po przybyciu do sowieckiego sztabu zostali jednak podstępnie uwięzieni. Pozostali na wolności dowódcy próbowali wraz z żołnierzami przebić się na Grodno i Białystok. Większość została jednak złapana przez Sowietów i osadzona w obozie w Miednikach, a wobec odmowy wcielenia do armii Berlinga, zesłano ich do łagrów w głębi Rosji. Poniżej zamieszczamy fragment (str. 292–297) z opisującej te wydarzenia książki Edmunda Banasikowskiego, „Na zew ziemi wileńskiej”.

fot. J. Szarek

Nie mogłem tego wieczora zasnąć. W końcu zamknąwszy oczy zapadłem w długi, męczący sen przepełniony zjawami i ludźmi ubranymi w sowieckie mundury. Gdy obudziłem się, był ranek. W porannej ciszy usłyszałem szurgot butów maszerującej gdzieś w pobliżu kolumny wojskowej. Uprzytomniłem sobie, że zaczyna się 17 lipca. Nie przeczuwałem wówczas, że dzień ten będzie obfitował w ogrom tragicznych wydarzeń, że głęboko utkwi w mej pamięci i we wspomnieniach towarzyszyć mi będzie całe życie. Stale nękało mnie pytanie, które rzucił mi wczoraj „Jarema” po odejściu sowieckiego pułkownika: jaki był cel jego wizyty? Siedząc przy stole, w komplecie nielicznego naszego sztabu jedliśmy śniadanie. „Jarema” spoglądał na nas w milczeniu, czytałem w jego oczach jakiś niepokój. Starając się zmienić poważny nastrój, zauważyłem żartobliwie: – Zdaje się, że po wczorajszej wizycie pułkownika nie spaliśmy wszyscy dobrze. – Ma pan rację – podchwycił „Jarema” – wszystko to, co ostatnio słyszymy i widzimy wokoło nas, wydaje mi się fantastycznym snem. Codziennie najbardziej różnorodne przypuszczenia wirowały w mej głowie. Bałem się, abyśmy nie uczynili czegoś wbrew rozsądkowi. Bałem się, że możemy zrozumieć niebezpieczeństwo, gdy zacznie się palić dach nad głową. Myślałem stale, jaka przyszłość czeka nas wszystkich, nasze rodziny i cały nasz kraj. Wytężyłem słuch. Oczy „Jaremy” ożywiły się, a on ciągnął dalej: – Musimy być bardzo ostrożni. Nakazuje nam to instynkt samozachowawczy. Słowa, które w tej chwili wypowiadam, są jedynie odzwierciedleniem mych myśli. Pamiętajmy jednak, że jesteśmy żołnierzami, związanymi przysięgą, dyscypliną wojskową. „Wilk” jest naszym dowódcą i moim starym przyjacielem. Ciężar odpowiedzialności, którą wziął na siebie naraża, jak czuję, z każdym dniem. Musimy być przy nim w tych ciężkich chwilach niepewności. Czekamy na jego rozkazy. Najbliższe dni zadecydują o naszej przyszłości. Przez chwilę oczy jego zabłysły resztkami nadziei, a na twarzy pojawił się uśmiech. Zwracając się do mnie, dorzucił: – Niech pan pilnuje naszych oddziałów. To jest bardzo ważne w momentach niespodzianek.

Tegoż dnia, w godzinach przedpołudniowych, dotarła do nas nieoficjalna wiadomość, że ubiegłego dnia „Wilk” został zaproszony przez dowódcę 3 Frontu Białoruskiego generała-pułkownika Iwana Czerniachowskiego do jego głównej kwatery w Wilnie, na konferencję mającą na celu podpisanie umowy dotyczącej zorganizowania Polskiego Korpusu. Wczesnym popołudniem, kiedy zastanawialiśmy się z „Jaremą” nad prawdziwością tych pogłosek, dopadł nas łącznik-cyklista ze sztabu operacyjnego „Wilka”. Przekazał nam rozkaz ustnie. Treść rozkazu potwierdzała zaproszenie „Wilka” do Wilna. Ponadto była zarządzona odprawa oficerska we wsi Bogusze, odległej o 5 km na południowy zachód od Wołkorabiszek. Mieli się tam stawić oficerowie sztabu zgrupowań oraz dowódcy brygad i batalionów. Odprawa była wyznaczona na godzinę 5 po południu. Wzmiankowano, że niektórzy polscy dowódcy współdziałający z Armią Czerwoną mogą otrzymać bojowe odznaczenia sowieckie. Jest możliwość, że na wspólne spotkanie przybędzie z „Wilkiem” gen. Czerniachowski. ***Usiadłem przy stole obok „Jaremy”. Wziąłem z rąk „Achillesa” kartki maszynopisów – projekt obsady personalnej 86 pp. Ale „Jarema” nie zwracał na nie uwagi. Był zamyślony, bardziej niż zwykle. Wpatrywałem się w jego potężną sylwetkę, nie chcąc zakłócać milczenia. Nagle „Jarema”, przerywając swą głęboką zadumę chrząknął i zaczął mówić, jak zawsze wolno i spokojnie. – Myślę o tym zawsze, że nie byłoby tu żadnych problemów, gdyby Rosjanie wykazali odrobinę dobrej woli w stosunku do nas. Wiemy, że nie tylko nasz dowódca „Wilk”, nie tylko my tu na Wileńszczyźnie, ale ogromna większość narodu polskiego chce żyć w zgodzie i przyjaźni ze Związkiem Sowieckim. Ja, który przeżyłem tutaj pierwszą okupację naszego wschodniego sąsiada, mógłbym od dawna wyrażać swój żal i zastrzeżenia do niego. Nie czyniłem tego. Podkreślałem jednak zawsze, że nie chcemy być niewolnikiem Związku Sowieckiego. Proszę panów – ciągnął dalej „Jarema”, ale już mocno podniesionym głosem – my na tą odprawę nie pójdziemy. Czuję smród w powietrzu. Dlaczego Sowieciarze od tygodnia trzymają tu całą dywizję piechoty? Dlaczego wczoraj jej dowódca tak teatralnie nas obcałowywał? Dlaczego tak często ich patrole zmotoryzowane penetrują nasze zgrupowanie? Nie podoba mi się to wszystko. 

***Aby zrozumieć w pełni perfidię i zakłamanie czerwonej tyranii, skierowanej swym ostrzem przeciwko wileńskiej Armii Krajowej, musimy się cofnąć do godzin porannych 17 lipca, do Wołkorabiszek, gdzie wyszkoleni aktorzy NKGB przystępowali do odegrania swej roli. 17 lipca z rana przyjechał samochodem z Wilna do sztabu operacyjnego AK w Wołkorabiszkach płk Kałmykow. W rozmowie z „Wilkiem” oświadczył mu, że gen. Czerniachowski prosi go o szybkie przybycie do jego kwatery w Wilnie, celem podpisania dogoworu [porozumienia] miedzy Czerwoną Armią i AK. Dowódca 3 Frontu chciałby także poznać podkomendnych „Wilka”, komendantów Okręgów Nowogródek i Wilno. (Obaj byli nieobecni). „Wilk” pomimo wielkiego optymizmu, z jakim przeprowadzał uprzednie rozmowy z wyższymi oficerami sowieckimi, tym razem, wiedziony złym przeczuciem zawahał się. Ale czy mógł się cofać, gdy porozumienie polsko-sowieckie było dziełem dokonanym? Należało go tylko podpisać. „Wilk” zdecydował się wiec na wyjazd, ale chciał zabrać ze sobą pluton osłony (30 ludzi) z oddziału konnego „Groma”. Kałmykow jednak, i to ze złością nie zgodził się na to. Konie opóźnią jazdę samochodem. Generał jest mocno zajęty, a zresztą obrazi się widząc „Wilka” pod osłoną jego własnych żołnierzy. „Wilk” nie widząc innego wyjścia wyruszył ofiarowanym mu w swoim czasie przez „Szczerbca” zdobycznym Mercedesem, w towarzystwie szefa sztabu „Sława”, który zabierał ze sobą opracowany Ordre de bataille mającego powstać korpusu.

Mocno podniecony płk Kałmykow, pchając się zajął miejsce przy kierowcy samochodu. Mercedes z „Wilkiem” i jadący za nim samochód sowiecki, po przybyciu do Wilna udały się natychmiast na ul. Tadeusza Kościuszki 16, gdzie w piętrowej białej willi mieściła się kwatera gen. Czerniachowskiego. Wychodzącego z samochodu „Wilka” powitał jakiś oficer sowiecki w stopniu generała i po krótkiej zwłoce wprowadził go wraz z towarzyszącym mu „Sławem” do sali konferencyjnej na parterze. Za dużym urzędowym biurkiem polscy oficerowie ujrzeli siedzącego gen. Iwana D. Czerniachowskiego. Z młodej twarzy tchnącej wyrazem wielkości bił chłód i maskowane półuśmiechem nieprzyjazne spojrzenie. Pod ścianą sali stało czterech innych generałów i kilku niższych stopniem oficerów. „Wilk” ze „Sławem” usiedli na krzesłach stojących przed biurkiem. „Sław” trzymał w ręku teczkę z opracowanym Ordre de bataille polskiej, planowanej dywizji. Na sali panowała niczym nie zmącona cisza. Niepokojąco długie milczenie gospodarzy przerwał „Wilk”. Przechodząc do reorganizacji polskich oddziałów Armii Krajowej wypowiedział kilka zdań wstępnych. I nagle stała się rzecz straszna, mrożąca krew w żyłach. Czerniachowski poderwawszy się z krzesła, silnym, uniesionym głosem skandował: – Nikakawo dogowora nie budiet.Poporuczenii sowietskowo prawitielstwa, ja was dołżen obiezorużit. [Żadnej rozmowy nie będzie. Z polecenia rządu sowieckiego jestem zmuszony was rozbroić]. – Eto nasza ziemlia [To jest nasza ziemia] waląc pięścią w stół krzyczał na całe gardło inny generał stojący w pobliżu. Na sali zawrzało. Do wnętrza wpadło kilku żołnierzy z pepeszami gotowymi do strzału. „Wilk” zaskoczony perfidią i cynizmem sowieckich generałów usiłował protestować w imieniu prawa.

Szef sztabu „Sław” sięgnął do kabury, ale powstrzymał się od strzału; wykręcono mu ręce i zabrano pistolet. Obaj rozbrojeni i poddani osobistej rewizji polscy oficerowie zostali rozdzieleni i zamknięci w pojedynczych pomieszczeniach piwnicznych. Po kilku dniach przewieziono ich oddzielnie na ulicę Ofiarną, w pobliżu Placu Łukiskiego, do gmachu siedziby NKGB, gdzie w czasie okupacji niemieckiej mieściła się centrala Gestapo. Pozostali tam w separatkach więziennych. ***Podobny los spotkał wszystkich oficerów sztabowych Okręgu Wileńskiego. Rozbrojonych podstępnie, pędzono jak kryminalistów do piwnic, ustawiając niektórych twarzami do ścian. Sponiewierani polscy oficerowie, sądząc, że za chwile podzielą los swych kolegów z Katynia szeptali słowa modlitwy, żegnając się z tym światem. Jednakże tym razem wspaniałomyślni sojusznicy nie spieszyli się z uśmiercaniem aresztowanych. Zamknięto ich jak zbrodniarzy wojennych w celach więziennych.

Edmund Banasikowski,„Na zew ziemi wileńskiej”,Warszawa–Paryż 1990.

wybrał Jarosław Szarek

http://www.zrodlo.krakow.pl/rocznik-2011/numer-30-2011/historia-we-wspomnieniach/

Posted in Historia, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy, Wspomnienia | Leave a Comment »

Wędrówki po Kresach – Ostatnie resztki polskości

Posted by tadeo w dniu 8 Maj 2012

Uliczka w Biłotynie wygląda bardzo smutno

Biłotyń może być symbolem nie tylko umierającej ukraińskiej wsi, znikającej dosłownie w oczach, ale także cofania się polskiej nacji, która niegdyś te strony cywilizowała. O polskich korzeniach miejscowości można przekonać się odwiedzając tutejszy cmentarz, leżący z drugiej strony wsi.
Na pierwszy rzut oka cmentarz w Biłotynie, który w czasach Rzeczypospolitej nosił nazwę Białotynia, robi wrażenie zaniedbanego, ale chodząc po zarośniętych alejkach można się przekonać, że jest nawiedzany przez bliskich, którzy poczuwają się do obowiązku jego utrzymania. 

Pan Tomasz pod swoim domem w Biłotynie

Cały szereg mogił osób zmarłych, nawet przed kilkudziesięciu laty, ma nowe, współczesne nagrobki. To dobrze świadczy o potomkach spoczywających tu naszych rodaków. Ślady po wielu dzielnych rodach polskich chłopów, które miały swój wkład w rozwój cywilizacyjny tej ziemi, przetrwają więc jeszcze kilkadziesiąt lat, a może i dłużej. Bo sama wieś pewnie już niedługo zostanie skreślona z listy siedlisk ludzkich.
– Zostało nas już tu niewielu, zaledwie kilkanaście rodzin, w sumie jakieś 50 osób – informuje liczący 86 lat lider tutejszej polskiej społeczności, Tomasz Gawłocki. – Młodzi wyjechali, zostali sami starzy, dożywający swych dni.

Krzyż Polski ustawiony przez pana Tomasza Gawłockiego, żeby świadczył o polskości cmentarza w Biłotyniu

Dziadek pana Tomasza, Józef, pochodzący ze wsi spod Krakowa, osiedlił się tutaj w końcu XIX w., ożenił się i wraz z babcią Bronisławą założył stopniowo powiększające się gospodarstwo. Było już całkiem spore, gdy władzę na Ukrainie ostatecznie zdobyli bolszewicy. Początkowo dawali sobie radę. Wydawało się im, że w Sowietach da się żyć. We wsi uruchomiono nawet polską szkołę.
– Chodziłem do niej tylko dwa lata, ale na tyle się nauczyłem języka polskiego, że po dziś dzień potrafię czytać polskie książki – wspomina pan Tomasz. – Języka przodków uczyli mnie oczywiście również dziadkowie i rodzice, ale szkoła miała wpływ decydujący.
Eksperyment mający na celu pozyskanie Polaków szybko się jednak skończył. Złudzenia Polaków w Biłotynie równie szybko się rozwiały. Najpierw zaczęła się agitacja za kołchozami, później przymusowa kolektywizacja i wreszcie wywózki do Kazachstanu.
– Mojego ojca początkowo zostawiono w spokoju, ale w 1937 r. został aresztowany – wspomina Tomasz Gawłocki. – Zabrano go w nocy i nigdy go już nie widziałem. Do dziś nie wiemy, co się z nim stało i gdzie znajduje się jego mogiła. Na front nie poszedłem, byłem za młody do armii. Niemcy wywieźli mnie na roboty. Pewnie dzięki temu przeżyłem.

Dom państwa Gawłockich jest bardzo skromny

Pracowałem w gospodarstwie rolnym u bauera. Nie było mi u niego źle. On sam śmiejąc się twierdził, że powinienem mu dziękować, bo gdybym poszedł na front, albo został w domu, to moje szanse na przeżycie byłyby o wiele mniejsze. Po zakończeniu działań wojennych wróciłem w rodzinne strony. Nie miałem zresztą wielkiego wyboru. Już w Niemczech zmobilizowano mnie do Armii Czerwonej. Dowódcy tłumaczyli, że potrzebują nowych żołnierzy na wojnę z Japonią. W walkach na Dalekim Wschodzie nie zdążyłem jednak wziąć udziału. Atomowe bomby zrzucone przez Amerykanów skróciły wojnę.

W obejściu pana Gawłockiego

Japończycy skapitulowali. Wróciłem więc tutaj, do kołchozu. Ożeniłem się z Leontyną Bublewską, z którą dochowałem się dwóch dorodnych synów. Razem aż do emerytury pracowaliśmy w kołchozie. Synowie opuścili wieś. Jeden pracuje na kierowniczym stanowisku w węźle kolejowym miasta Czop na Zakarpaciu. Drugi stoi na czele urzędu zatrudnienia w Twerze niedaleko Moskwy. Raz w roku synowie z rodzinami nas odwiedzają. Są porządnymi ludźmi. Mówią nawet trochę po polsku. Dom Gawłockich stoi przy ulicy, gdzie z kilkunastu chałup zamieszkanych są ledwie trzy. Jego żona Leontyna ma chore nogi i z trudem się porusza. Pamięć jej jednak dopisuje i też ma o czym opowiadać. Również pochodzi z mocno doświadczonej przez stalinowski reżim rodziny.

Takie domy niestety w Biłotynie dominują

– Moją rodzinę wywieziono w 1936 r. do Obwodu Zaporoskiego, gdzie całe terytoria były wyludnione po Wielkim Głodzie – opowiada. – Nie zostawiono nas tam jednak w spokoju. W 1937 r. mój ojciec Władysław został aresztowany i rozstrzelany. Mama Janina wcześniej prosiła ojca, żeby uciekał. Sowieckie organa bezpieczeństwa węszyły bowiem wśród przesiedleńców. Niemal w każdą noc ktoś był aresztowany i słuch po nim ginął. Ojciec nie chciał się jednak ratować. Twierdził, że nie ma się czego obawiać, jest przecież prostym, zwykłym człowiekiem, który nic złego nie zrobił. Tłumaczył też matce, że nie może zostawić jej samej z dwoma córkami i chorym ojcem, bo sama sobie nie poradzi w obcym środowisku. Gdy został aresztowany, matka chodziła do zakładu, w którym ojciec pracował. Pytała się jego kierownika, za co ojca aresztowano, czy nie mógłby mu pomóc.

On jej odpowiedział: – Bublewska, waszego męża zaraz zwolnią, to bardzo dobry pracownik. Nikt nie składał na niego żadnych skarg. Wystawiliśmy mu dobrą opinię. – Dopiero po latach dowiedzieliśmy się, że ojca aresztowano na podstawie dodatkowego donosu sąsiadki, która chciała, by Rada Wiejska przyznała jej dom wzniesiony przez ojca; zamierzała budynek rozebrać na materiał budowlany. W 1942 r., gdy Ukrainę zajęli Niemcy, pozwolili nam wrócić na Zasławszczyznę. Nasz dom w Biłotynie, zbudowany przez ojca tuż przed wywózką, został rozebrany. Nie mieliśmy gdzie mieszkać. Nikt nie chciał nas przyjąć pod swój dach. Ludzie obawiali się, że wrócą Sowieci i każdy, kto pomoże „wrogom ludu”, wraz z nimi będzie ponownie wywieziony. Mama poszła do niemieckiej administracji i ta pozwoliła zamieszkać nam w domu dziadka. Był zrujnowany, nie miał okien i drzwi, ale dało się go jakoś doprowadzić do porządku. Dziadka już z nami wtedy nie było. Umarł w 1942 r., tuż przed naszym wyjazdem z miejsca zesłania. Nie chciał być tam pochowany. Prosił matkę, by zebrała jego kości i zawiozła je na ojcowiznę. Matka nie była w stanie jednak tego uczynić. Nie był to koniec utrapień. Wkrótce w te strony zaczęły zaglądać grupki banderowców.

Pamiętam, że na wszystkich sąsiadów padł blady strach, gdy na młynie przeczytali napis: „Śmierć Żydom, Polakom i Kacapom”. Nocą od strony Kuniowa i Ostroga często słychać było strzały i widać łuny pożarów. Dom dziadka znajdował się przy głównej drodze, więc często słyszałam, jak przechodzili nią banderowcy. Rozmawiali oni po ukraińsku z innymi niż tutejszy akcentem i łatwo było ich rozpoznać. Codziennie modliliśmy się, by omijali nasz dom. Zanim udaliśmy się na spoczynek, mama znakiem krzyża znaczyła drzwi i okna, prosząc Boga, by chronił nas przed nożami oprawców. Choć od tego czasu upłynęło już wiele lat, to do dziś pamiętam, jak któregoś ranka obudziło nas łomotanie w drzwi. Mama otworzyła je i zobaczyła na progu dwóch osobników z tryzubami na czapkach. Spytali, czy tu też Polacy mieszkają? Obejrzeli nasz nędzny dobytek i poszli. Nie zawsze jednak ich „odwiedziny” kończyły się w ten sposób. Niedaleko nas wyrżnęli całą rodzinę. Wnętrze domu było we krwi, jak w jakiejś rzeźni. Z innego domu zabrali męża mamy koleżanki.

Tutejsi Polacy reagowali na to różnie. Jedni zbierali się i uciekali do Sławuty, a inni zapierali się polskości i udawali Ukraińców. Jedna z sąsiadek, Stasia, która miała czworo dzieci już ochrzczonych w Kościele katolickim, zabrała je wszystkie do prawosławnej cerkwi i na nowo ochrzciła. Maria stała się Maryją, Teresa Łesią, a Stefan Stepanem. Prawosławnych Ukraińców banderowcy się nie czepiali, choć też nazywali ich Moskalami. Z nienawiścią odnosili się natomiast do wszystkiego co katolickie. Na skraju Biłotynia stała piękna drewniana kapliczka. Banderowcy porąbali ją na kawałki i wrzucili do rzeczki. Pani Leontyna opowiada o tym wszystkim wzburzonym głosem. Najbardziej ubolewa nad tym, że morderców kreuje się dzisiaj na bohaterów i stawia im pomniki. Żyją przecież ludzie, którzy doskonale pamiętają co ci „bohaterowie” wyrabiali.

 – Gdyby nie radzieccy partyzanci, to banderowcy wszystkich nas wyrżnęliby – podkreśla pani Leontyna. – Na szczęście szybko się tu pojawili, tępiąc ich bezlitośnie. Jak złapali któregoś na szpiegowaniu, to długo się z nim nie rachowali. Gdyby nie oni, to banderowcy wszystkich by nas wymordowali. Pani Leontyna często przerywa, by złapać oddech. Widać, że dawne wspomnienia są dla niej bolesne. Trudno się temu dziwić. Powrót władzy radzieckiej nie oznaczał dla niej niczego dobrego. Przedstawiciel Rady Wiejskiej przyszedł do jej matki i oświadczył, że chałupa nie należy do niej i ma się wynosić. Musiała przeprowadzić się do pomieszczenia przy kołchozie. To już jednak temat na następne opowiadanie.

Tekst i foto:
Marek A. Koprowski

http://www.zrodlo.krakow.pl/rocznik-2011/numer-27-2011/wedrowki-po-kresach/

Zobacz więcej zdjęć: link

Posted in Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Wędrówki po Kresach – Nie zmarnowała życia

Posted by tadeo w dniu 8 Maj 2012

Jadwiga Sokołowska

Dom Jadwigi Sokołowskiej leży na samym końcu Kamionki, przy ul. Leśnej. Prowadzi do niego piaszczysta droga prostopadła do asfaltowej trasy z Ostroga na Kuniów i dalej do Krzemieńca wzdłuż Wilii, czyli dawnej polsko-sowieckiej granicy. Po przebyciu kilkuset metrów mija się zabudowania kołchozu i kilka chat, by dalej jechać wzdłuż ciemnej ściany lasu. Droga lekko wspina się pod górkę, na szczycie której stoją dwa niewielkie drewniane zabudowania. W jednym z nich mieszka pani Jadwiga. Tuż za jej domem droga opada do rzeczki. Dla mieszczucha okolica sielsko-anielska. Śpiew ptaków miesza się ze szmerem rzeki, a zapach igliwia z suszonym sianem wiezionym na furze przez syna sąsiadki. Dla samotnej staruszki mieszkanie tutaj to jednak swoisty dopust Boży. 

Pani Jadwiga ze swoim proboszczem ks. Witoldem Kowalowem

Zwłaszcza zimą, gdy wodę trzeba nosić z odległego od domu źródła. Pani Jadwiga to drobna, ale energiczna jeszcze osoba, która dba, by na podwórku było czysto, kury były nakarmione, a mieszkanie posprzątane. Domek jest niewielki, ale przytulny. Gości pani Jadwiga prowadzi do głównego pokoju, w którym od razu widać, kto tu jest gospodarzem. Na ścianach wiszą duże religijne obrazy, a w centralnym miejscu znajduje się ołtarzyk. Przy nim zdjęcie jej wnuka Borysa.
Dla pani Jadwigi jest on największą dumą i dowodem na to, że jej życie nie poszło na marne. Zdjęcie wnuka stoi na honorowym miejscu w pokoju, w którym przyjmuje gości. Gdy patrzy na nie, uspokaja się, a jej twarz promienieje uśmiechem. Ma z czego być dumna. Jej wnuk jest nie tylko księdzem, ale… dobrym księdzem. Po ukończeniu Wyższego Seminarium Duchownego w Gródku Podolskim, został skierowany na specjalistyczne studia do Rzymu. Po ich ukończeniu został proboszczem w jednej z parafii koło Gródka i wykładowcą w seminarium. Obecnie wybiera się do Rzymu na obronę doktoratu.

Ołtarzyk w domu pani Jadwigi

Pani Jadwiga urodziła się w rodzinie Emilii z domu Polkiewicz i Jana Sokołowskiego w 1926 r., kilka kilometrów od dawnej, przebiegającej na Wilii, polsko-sowieckiej granicy. Jako dziecko tylko z oddali mogła popatrzeć na wysoki brzeg Wilii, na którym stały biało-czerwone słupy graniczne. Do polskiej szkoły uczęszczała tylko dwa tygodnie. Placówkę tuż po rozpoczęciu roku szkolnego zlikwidowano. Pani Jadwiga pamięta te czasy doskonale. Choć była wtedy dzieckiem, mocno utkwiły w jej pamięci. Był to bowiem czas stalinowskich represji, które tu w Kamionce nie ominęły żadnej polskiej rodziny.
– Dwaj bracia mojej matki byli represjonowani – opowiada pani Jadwiga. – Wraz ze swymi rodzinami zostali wywiezieni do Kazachstanu, gdzie wszelki ślad po nich zaginął. Dwaj bracia ojca też pojechali do Kazachstanu. Trzeci brat ojca był mądrzejszy i uciekł do Sławuty, gdzie przez dziesięć lat żył bez „przypiski”, ukrywając się – dzięki czemu przeżył. Naszą rodzinę na szczęście pozostawiono w spokoju. Ktoś bowiem musiał pracować w kołchozie. Ojca, Bolesława, wkrótce jednak aresztowano i skazano na 1,5 roku więzienia.

Te obrazy pani Jadwiga odziedziczyła po przodkach

Potajemnie zarżnął bowiem cielaczka, którego formalnie był zobowiązany oddać do kołchozu. Namówił go do tego Żyd z Nietiszyna, obiecując, że jak ojciec oprawi to zwierzę, a on przeniesie mięso przez las, nikt nie będzie wiedział. Przez całą noc w obórce palił się jednak kaganek i ktoś zaobserwował to i doniósł. Rano przyjechali milicjanci na koniach i ojca zabrali. Za przywłaszczenie kołchozowej własności dostał 1,5 roku więzienia. Jak na sowieckie warunki, niewiele. Ojciec wyszedł z niego z zupełnie zniszczonym zdrowiem. Przez dwa i pół roku chorował i był niezdolny do pracy. My z mamą własnoręcznie musiałyśmy zbudować małą chatynkę, żeby nasza rodzina miała gdzie mieszkać. Z domu, który wcześniej zajmowaliśmy, wyrzucono nas. Ojciec nie odzyskawszy zdrowia zmarł w 1938 r. Mama została z czwórką dzieci. Wkrótce wybuchła wojna. 12-letni brat zginął na niewypale. Starszą siostrę wywieziono do pracy w Niemczech. Mnie też chciano wywieźć. Przez dwa tygodnie z transportem oczekiwałam w Zasławiu na podróż do Rzeszy. Ostatecznie uratowała mnie matka, która miała sąsiadkę Niemkę, Tyldę. Wyszła ona za mąż za Niemca, który w Zasławiu był szefem administracji. Wydał on dla całej rodziny zaświadczenia, dzięki którym Niemcy już się nas nie czepiali.

Uratowanie od wywózki do Niemiec nie oznaczało jednak końca kłopotów rodziny Jadwigi Sokołowskiej. Pojawiło się bowiem nowe zagrożenie, którego nadejście zwiastowały krwawe łuny pożarów. Oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii zaczęły przechodzić dawną polsko-sowiecką granicę i nieść śmierć oraz zniszczenie. Mordowali Polaków, z którymi nie zdążyła zrobić „porządku” władza radziecka. Rabowali dobytek. Wśród Ukraińców usiłowali przeprowadzać pobór w swoje szeregi, palili wszystko, co tylko mogło przydać się Niemcom i co miało sowieckie korzenie.
– Na Martyniuku spalili całe zabudowania kołchozu – wspomina pani Jadwiga. – Płonęły one razem ze zwierzętami. Banderowcy nie pozwolili niczego ratować. Krowy i świnie, a także kołchozowe magazyny zostały strawione przez płomienie. Straszny ryk krów i kwik świń słychać było w całej okolicy. Niektóre polskie rodziny, jak m.in. Wertyńskich, uciekły z Kamionki obawiając się mordu. Myśmy zostali. Banderowcy na szczęście dali nam spokój. W okolicy pojawili się też radzieccy partyzanci, którzy koło Nietiszyna stoczyli z nimi w lasach dużą bitwę, wypierając ich za Horyń.
Zakończenie wojny nie oznaczało dla pani Jadwigi powrotu do krainy szczęśliwości. Ponownie zaczęła pracować w kołchozie, czyli jak się mówi po ukraińsku w „kołchospi”. Przepracowała 32 lata na fermie jako dojarka krów. Zajmowała się też ich pasieniem.

– Była to bardzo ciężka praca, za bardzo nędzne wynagrodzenie – opowiada. – Do 1955 r. w ogóle nie wypłacano nam pensji. Zapisywano nam tzw. „trudodni”. Za każdy „trudodień” należało się 50 gramów ziarna i 3 kopiejki. Mnie naliczono 450 „trudodni”. Łatwo więc obliczyć, że za cały rok otrzymywałam 13 rubli i 50 kopiejek i nieco ponad 200 kg, czyli cztery worki ziarna. Z tego nie dało się wyżywić… Harować trzeba zaś było na okrągło, świątek i piątek. Codziennie wstawałam o czwartej rano i musiałam iść na fermę. Po wydojeniu krów wracałam do domu, żeby pomóc mamie, zaś o dwunastej w południe znowu maszerowałam na fermę. Bywało, że wracałam do domu o dwudziestej drugiej wieczorem. Najgorzej było zimą, kiedy często trzeba było brnąć przez zaspy. Dróg wtedy nikt nie odśnieżał. Spóźnić się do pracy nie było wolno. Za nieprzyjście płaciło się „sztraf” (karę) w wysokości 10 rubli! Taka kara oznaczała pracę całkowicie za darmo przez kilka lat. Ludzie słaniali się więc na nogach, ale do pracy przychodzili…

Jedynymi ważnymi wydarzeniami w monotonnym życiu pani Jadwigi było małżeństwo, narodziny syna i córki, a także śmierć matki. Za mąż wyszła za Polaka, Sokołowskiego, nie musiała więc zmieniać nazwiska. Urodziny dzieci zapamiętała także ze względu na ich chrzciny. W owym czasie, czyli w latach pięćdziesiątych, jedynym czynnym kościołem była świątynia w Ostrogu, do którego dojeżdżał o. Alojzy Kaszuba. – Każde ze swych dzieci niosłam, udając się na piechotę do Ostroga – wspomina. – Dwadzieścia kilometrów w jedną stronę i dwadzieścia w drugą. Żadnej komunikacji wówczas przecież nie było. Dla tej drobnej kobiety marsz z dzieckiem na ręku był na pewno dużym wysiłkiem, ale ona nie żałuje. – Pan Bóg wynagrodził mi to z nawiązką – śmieje się.

– Właśnie w kościele w Ostrogu, już w wolnej Ukrainie, mój wnuk odkrył swoje powołanie. Prosiłam go, żeby zajrzał kiedyś do świątyni w tym mieście. Po pierwszej Mszy św. wyszedł z niej zauroczony. Gdy przyjechał do mnie powiedział: – Babciu tam jest taki ksiądz „po duszy”. – Od tej pory z Nietiszyna, w którym mieszkał, jeździł do Ostroga systematycznie, gdzie pod okiem ks. Kowalowa zdobywał wiedzę religijną. Pani Jadwiga nigdy nie kryła, że jest osobą wierzącą. W jej domu zawsze urządzony był ołtarzyk i wisiały religijne obrazy. Po tych oznakach od razu można było wywnioskować, kto w nim mieszka. Była na najważniejszym szczeblu drabiny społecznej i nikt nie mógł jej nic zrobić. – Któregoś wieczoru przyszedł do mnie w cywilnym ubraniu wędrowny prawosławny, przedstawił się i zapytał, czy mam ochrzczone dzieci – wspomina pani Jadwiga. – Gdy wszedł do wnętrza chaty, spojrzał na ścianę, gdzie wisiały obrazy, stanął jak wryty i oświadczył: – a tu Polacy mieszkają, to przepraszam! – Chciał wyjść, ale zaprosiłam go do stołu. Był bardzo zadowolony, gdy mu powiedziałam, że Bóg jest jeden. Dziś pani Jadwiga dożywa swoich dni. Nie prowadzi już minigospodarstwa. Ma tylko niewielki ogródek i pięć kurek. Zdrowie jej jeszcze dopisuje. Przynajmniej na tyle, by odwiedzać sąsiadki i cieszyć się z odwiedzin gości. Nie ukrywa jednak, że najbardziej cieszy się z odwiedzin wnuka Borysa. Wtedy rosną jej skrzydła. Wzrasta też przekonanie, że nie zmarnowała życia.

Tekst i foto: Marek A. Koprowski

http://www.zrodlo.krakow.pl/rocznik-2011/numer-23-2011/wedrowki-po-kresach/

Posted in Polskie Kresy, Wspomnienia, Świadectwa | Leave a Comment »

Spacer po Lwowie – to trzeba zobaczyć!

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2012

Lwów

fot. Thinkstock

Lwów dzieli od polskiej granicy zaledwie 80 km. Każdy Polak powinien go odwiedzić przynajmniej raz w życiu, niekoniecznie gnany sentymentem. Lwów to po prostu piękne miasto – „większy brat Krakowa”. Podpowiadamy co zobaczyć podczas spaceru po Lwowie.

Rynek lwowski (ukr. płoszcza Rynok) to główny plac Starego Miasta, w kształcie zbliżonym do kwadratu, z którego rogów wychodzą pod kątem prostym po dwie uliczki. Wokół Rynku wznoszą się cztery linie kamieniczek. Ich łączna liczba wynosi 44.

Nie tworzą one w zasadzie żadnej jedności – różnią się zarówno wiekiem, stylem architektonicznym, jak i wartością artystyczną budynków. Każda jest inna i ma inną historię, ich zewnętrzne kształty to istny kalejdoskop stylu i smaku.

Lwów ze swym Rynkiem był świadkiem wielu ważnych dziejowych wydarzeń. Dziś Rynek trochę opustoszał; manifestacje przeniosły się na pobliski prospekt Swobody. Tylko lwowski czerwony tramwaj, niemiłosiernie przepełniony, wciąż przecinający płytę placu, przypomina o obecności w wielkim mieście.Większość Rynku wypełnia potężna bryła Ratusza, z którego wieży podziwiać można panoramę miasta. Każda z kamienic w Rynku ma swoją historię, i to nietuzinkową. Na przykład pod nr 4 wznosi się najsłynniejsza bodaj kamienica Rynku lwowskiego.

Czarna Kamienica, zwana tak od koloru elewacji, wcześniej określana była nazwiskami rodzin w niej mieszkających – Anczowskich i Lorencowiczów. Budowla powstała w XVI w. na fundamentach starszej, zniszczonej w pożarze 1571 r. Kamienica rosła w górę stopniowo. Trzecia kondygnacja pojawiła się z końcem XVI w., a ostatnia dopiero w wieku XIX.Kamienica posiada charakterystyczną dekorację rustykalną, a jedną z figur zdobiących elewację domu jest konna figura św. Marcina – patrona Marcina Anczowskiego, właściciela kamienicy.

Ukraina – przewodnik, informacje, ciekawostki

Cmentarz Łyczakowski – nekropolia elity narodu polskiego. Ten cmentarz nie różni się pod tym względem niczym od warszawskich Powązek czy Cmentarza Rakowickiego w Krakowie. Natomiast obecność mogił innych niż polskie upodabnia go do cmentarza Na Rossie w Wilnie. To, co go wyróżnia, to zdecydowanie odmienna, dramatyczna historia.

Cmentarz Łyczakowski to jeden z najstarszych cmentarzy polskich, założony w 1786 r. W okresie 200 z górą lat na Cmentarzu Łyczakowskim pochowano ok. pół miliona ludzi, przeważnie Polaków, ale także Ukraińców, Austriaków, Niemców, Żydów, Ormian, Rosjan i innych narodowości.Spoczywa tu wielu przedstawicieli nauki, sztuki, polityki, uczestników powstań narodowych, bojowników o wolność i niepodległość Polski i Ukrainy, m.in. Maria Konopnicka, Artur Grottger, Gabriela Zapolska.

Na cmentarzu znajdują się wydzielone kwatery, gdzie chowano ludzi poległych podczas licznych zawirowań historii. Ozdobą cmentarza, obok rzeźb nagrobnych, są kaplice. Najpiękniejsze z nich to: Kaplica Adamskich, Kaplica Barczewskich, Kaplica Kiselków, Kaplica Krzeczunowiczów.

Cmentarz Obrońców Lwowa zwany także Cmentarzem Orląt, to jedno z tych miejsc, gdzie głębokie wzruszenie ogarnia każdego rodaka i trzyma przez długi czas. To miejsce spoczynku tych wszystkich młodych Polaków, którzy chwyciwszy za broń, zginęli w obronie tego, co mieli najcenniejsze – własnego domu, którym był polskiLwów.

Łącznie pochowano tu blisko 3000 żołnierzy, z których przeszło 20% to chłopcy niespełna osiemnastoletni – bohaterskie dzieci, Orlęta Lwowskie.

Z chwilą wejścia Lwowa w orbitę Związku Radzieckiego rozpoczął się systematyczny proces niszczenia cmentarza: obelżywe napisy, kradzieże płyt, niszczenie schodów i balustrad, zniknięcie lwów spod Łuku Chwały. Preludium do całkowitej zagłady było zamienienie cmentarza w miejskie wysypisko śmieci.Apogeum zniszczenia nastąpiło 25 sierpnia 1971 r. – w tym dniu czołgi sowieckie zrównały z ziemią groby, spychaczami zburzono kolumnadę. Sytuacja taka trwała do 1989 r., kiedy to pracownicy polskiej bazy Energopolu, za zgodą swego szefa Józefa Bobrowskiego, półlegalnie przystąpili do prac porządkowych. Wiernie pomagali im w tym miejscowi Polacy. Rozpoczęte wówczas prace trwały z przerwami do 2004 r. .

Uroczystego otwarcia nekropolii dokonali 24 czerwca 2005 r. prezydenci Ukrainy i Polski, Wiktor Juszczenko oraz Aleksander Kwaśniewski. Pięknie odrestaurowany, utrzymywany we wzorowym porządku cmentarz po 15 latach zawirowań może wreszcie w spokoju przypominać wszystkim smutne, ale także chwalebne wspomnienia wojny polsko-ukraińskiej.

Od pomnika Mickiewicza do zamku >>

http://przewodnik.onet.pl/reportaze/spacer-po-lwowie-to-trzeba-zobaczyc,1,5116888,artykul.html

Posted in Podróże, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Drohobycz

Posted by tadeo w dniu 3 Maj 2012

http://pogonlwow.pl/

Posted in Filmy dokumentalne, Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Wspominał akademię

Posted by tadeo w dniu 22 Luty 2012

W Letniej Akademii Kultury i Języka Polskiego uczestniczył aż trzy razy. Pochodzący z Białorusi Sergiusz Bojarczuk, dziś już student Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, poprowadził wykład otwarty w muzeum w Głogowie.

http://www.tv.master.pl/informacja.php?news=20553,Wspominal-akademie

Zobacz także:

 Trenowali pod lodem

Głogów
O2012/02/nurkowie.jpg

Z Cerkwi do MOK

Głogów
O2012/02/koncert_oktoich.jpg

„To nie jest ładna piosenka o miłości”

Uwaga konkurs

Głogów
O2012/02/konkurs_piosenki_obcojezycznej_2012_miniatura.jpg

O bezpieczeństwie w sieci w Górze

Góra
O2012/02/P1010024.JPG

Czekają na wychowanków

Głogów
O2012/02/pilkarze_akademia.jpg

„Pętla” Młodych Master

Głogów
O2012/02/teledysk_mlodzi_master.jpg

Działalność (nie) zagrożona?

Przemków
O2012/02/pokoszczednosci_przemkow.jpg

Dbają o Piastów

Głogów
O2012/02/sesja_interpelacje_osiedle_piastow.jpg

Posted in Polityka - video, Polityka i aktualności, Polskie Kresy | Leave a Comment »

II wojna światowa za zamkniętymi drzwiami

Posted by tadeo w dniu 7 Luty 2012

Dokument z serii – jak sprzedano pół Polski wraz z miastami kultury Polskiej jak Lwów, Wilno, Grodno…

Posted in Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Pińska szlachta

Posted by tadeo w dniu 4 Luty 2012

Łukasz Grajewski, Mirosław Jankowiak / „Więź”

Pińsk.
(fot. pochodzi z Kraszewski, Józef Ignacy. Wspomnienia Polesia, Wołynia i Litwy. 1860. / Wikimedia Commons)

Wincenty Dunin-Marcinkiewicz był drobnym szlachcicem, niezłym literatem i wielkim przyjacielem ludu białoruskiego. Pisał po białorusku, a jednym z efektów jego pracy był utwór teatralny Szlachta pińska z 1866 roku. Opisał w nim obraz mieszkańców Pińska i innych poleskich okolic, biedną szlachtę od chłopów nie różniącą się wcale, ale mającą duże poczucie własnej wartości. Niespełna 150 lat po publikacji Dunina-Marcinkiewicza, kreślimy jej nowy, współczesny rozdział.

- Wiesz, co o Tobie powiedział Statkiewicz?
– A co?
– On powiedział, że nie jesteś szlachcicem.
– Co? Tak mnie znieważył? Wnet mu pokażę swoje szlachectwo!
Wincenty Dunin-Marcinkiewicz, Szlachta pińska

Szlachta i basta

Irynę Kozak spotykamy siedzącą przy malutkiej niebieskiej kapliczce. Dłubie zaciekle kijkiem w ziemi, myślami jest gdzieś bardzo daleko. – Przed wojną stała tu cerkiew. Komuniści liny zaczepili, traktor podłączyli. Ot, taka polityka durna była w naszych wszystkich republikach – wzdycha. Nową kapliczkę już za Łukaszenki wybudował pewien miejscowy. Dorobił się w Ameryce i dwa tysiące dolarów przeznaczył na zbożny cel. – Tych komunistów to ludzie przeklinali. Oni w Boga przestali wierzyć. I wiecie co? Ci, którzy burzyli, to wszyscy młodo umarli. Jeden na motorze się rozbił, drugi pijany głowę rozwalił – kijek w rękach staruszki nie przestaje pracować.
– Kim jesteśmy? Białoruskimi Poleszukami – mówi z przekonaniem. – Mówimy trochę po ukraińsku, trochę po białorusku, trochę po polsku.
Wieś, w której mieszka Iryna Kozak, nazywa się Stajki i leży na terytorium białoruskiego Polesia, nieopodal granicy z Ukrainą. Kilkanaście drewnianych chat po obu stronach drogi. Tak zaczęto budować tu za Królowej Bony, która ziemie pińskie i kobryńskie posiadła we wczesnych latach XVI wieku. Rzemieślnicy z Włoch i Holandii tchnęli odrobinę cywilizacji w poleską głuszę. – Chciałabym, aby koło kaplicy postawili pomnik ofiarom wojny. Tylu ludzi zginęło… Tu kiedyś kilkadziesiąt chat było, dzieci pełno, a teraz? Siedmiu ludzi, wszyscy z garbami i kijkami. Ot, takimi jak mój – łza Iryny spada do świeżo wydrążonej kijkiem dziury. – A Stajki to kiedyś była szlachecka wieś. Ale o tym, to niech Wam mój syn opowie.
Aleh Kozak gości nas w rozpiętej koszuli, eksponując swój wielki brzuch. – Mama, zrób nam jajecznicę, pomidorów naszych przynieś, koniecznie muszą skosztować – w roli gospodarza Aleh czuje się doskonale. – Historię trzeba znać – rozpoczyna swą gawędę. – Ten nasz Łukaszenka nieszczęsny w ogóle o historię nie dba, a tu przecież Wielkie Księstwo Litewskie było. Nasi przodkowie walczyli z Krzyżakami pod Grunwaldem – stwierdza zadowolony.
Według Aleha, Stajki to wieś szlachecka. Tu od zawsze mieszkała szlachta i basta. A po czym poznać szlachtę? – No, chodzili tak samo ubrani, pieniędzy też za dużo nie było. Najłatwiej to po nazwisku. Szlacheckie kończą się na -cki: Dubiniecki, Ostrowiecki. Ale my Kozaki, też ze szlachty – dodaje i wyjmuje zdjęcie swoje pradziada, który służył w Armii Polskiej. – Zresztą sami zobaczycie, jak pojedziecie do wsi obok. Chojno to wieś chłopska. Tam was nikt nie nakarmi. Do chaty może wpuszczą, ale na tym koniec. U mnie zostańcie, po szlachecku was ugoszczę i rybek połowimy – zaprasza ochoczo. W końcu żegna nas wraz z matką po przyjacielsku, zostawia swój adres i telefon – jak znów będziecie, to musicie nas odwiedzić.

Kliknij, aby powiekszyc

Na pierwszym planie jedna z ulic miasta. W głębi kościół katedralny Najświętszej Marii Panny. Zwracają uwagę szyldy reklamowe sklepów i zakładów usługowych w języku polskim.

 

Soroczki i kapelusze

Jesteśmy w gościach u Kleofasa Siewieryna, który jest mistrzem poleskiego rękodzielnictwa. „Żaden festiwal w kraju nie obejdzie się bez jego tradycyjnych słomianych kapeluszy” – można wyczytać w jednym z przewodników po Pińszczyźnie. Takie nakrycia głowy zdobiły niejedną poleszucką głowę. A Poleszuk to kiedyś było zjawisko, dziwo prawdziwe. W międzywojniu przyjeżdżano na Polesie, żeby badać żyjący wśród bagien i lasów prymitywny lud poleski. Ferdynand Ossendowski, Józef Obrębski, Melchior Wańkowicz czy Józef Mackiewicz – przyciągała ich magia przyrody i prostota mieszkających tu ludzi.
Kleofas Siewieryn malowniczo opisuje wygląd Poleszuka. – Najbardziej charakterystyczne były łapcie, obuwie wyplatane z łyka brzozy. Chodziło się w takich cały rok – opowiada, trzymając w ręku łapcie własnej roboty. – Oj nie były wytrzymałe. Jak się ludzie wyprawiali do miasta, to i dwie pary na zapas trzeba było zarzucić na ramię. Prawdziwe buty kupowało się u Żyda. W Dawidgródku robili i sprzedawali po wsiach. Ludzie rzadko je ubierali, do cerkwi w łapciach albo boso chodzili i przed samym wejściem nakładali – opisuje z uśmiechem. Chata Siewieryna pełna jest łapci, kapeluszy i tradycyjnych poleskich koszul, zwanych soroczkami, które miejscowa ludność szyła z tkanego własnoręcznie z lnu. – Teraz już nikt tak nie chodzi. W sklepach jest wystarczająco towaru – dodaje, prezentując odzieżowe relikty.
– Chcecie wiedzieć, skąd taka nazwa wsi? Wólki powstały po zniesieniu pańszczyzny na terenach trudno dostępnych, gdzie chłopów zostawiano samych sobie. Tutaj powstała Mała Wólka, a cztery kilometry dalej jest Duża Wólka. Dlaczego tak? Bo tutaj mieszkało trzynaście osób, a tam czternaście. – Do naszej Małej Wólki podczas wojny przyjechali Niemcy – Siewieryn kontynuuje swoją opowieść. – Na wozie postawili megafon i puszczali w kółko: „Nie bójcie się, wyjeżdżajcie do pracy do Trzeciej Rzeszy”. Sam się nikt nie zgłosił, ale i tak nas w końcu w czterdziestym trzecim zabrali. Wywieźli do Mulhouse we Francji, gdzie pracowaliśmy w fabryce po dwanaście godzin dziennie.
Wraz z Siewierynem przenosimy się na główną ulicę Małej Wólki. – Gdy Francuzi przywieźli nas z powrotem, to okazało się, że Niemcy spalili nasze domy – mówi. Odbudowaliśmy, choć teraz większość stoi już pustych. O tamtych czasach to cztery osoby pamiętają, tylko tyle nas starych zostało.

Szwedów wrzątkiem zwalczali

- W polskiej szkole skończyłem cztery klasy. Siedem lat to trwało, bo do trzeciej chodziło się dwa lata, a do czwartej trzy. Z nauczycielem po polsku rozmawialiśmy, a ze sobą, proszę pana, po swojemu, tak jak z wami teraz rozmawiam – 87-letni Władimir Ostrowski mieszka w Dzikowiczach, wsi malowniczo położonej nad Prypecią. Dzikowicze to wieś szlachecka. – Jeden z Ostrowskich był dowódcą w oddziałach Wielkiego Księstwa Litewskiego, a jak Szwedzi nas później napadli, to moi przodkowie wrzątkiem ich oblewali, o wieś walczyli – opowiada Ostrowski, który, jak na swoje 87 lat, zadziwia energią i jasnością umysłu. W chacie naprzeciwko mieszka Michał Dzikowiecki, który opowiada nam tę samą historię. Widocznie ich przodkowie walczyli ramię w ramię ze szwedzkim potopem. – Mnie nikt nigdy Poleszukiem nie nazywał. Mojego ojca polska władza bardzo ceniła – mówi. – Teraz ludzie śmieją się ze szlachty, wytykają nas, proszę pana, palcem. Wieś wykupili działkowcy, przyjeżdżają, a historia w ogóle ich nie interesuję. My w tych dwóch chatach z Dzikowieckim się trzymamy.
Dwóch ostatnich przedstawicieli szlachty z Dzikowicz bierze nas nad brzeg rzeki Prypeć, gdzie wspominają: – Tu do wojny była piękna piaszczysta plaża – zaczyna Dzikowiecki. – Ludzie przyjeżdżali, grali w piłkę, pływali. Wszystko wyglądało inaczej. Błota były wszędzie. W takich oto czajkach pływaliśmy do krów na pastwisko – pokazuje tradycyjne drewniane łódki przywiązane do starego, zmurszałego mostka. – Do cerkwi też tylko łódką można się było dostać. Dziesiątki czajek podpływało pod sam płot. – A tutaj ryby łowiliśmy – wskazuje palcem Ostrowiecki. – Żydzi od nas kupowali, 50 groszy za kilogram płacili. Płynęli potem do Pińska, gdzie mieli swoje lodownie. A potem dalej: do Warszawy, do Poznania. Tylko, że tam już 2 złote za kilogram dostawali – mówi.
Później, podczas obiadu opowiada o handlowej stolicy regionu, jaką był Pińsk. Pod plac targowy, urządzony w centrum miasta, nieopodal pofranciszkańskiego Kościoła, podpływała okoliczna ludność. Dziesiątki czajek wypełnionych towarami cumowało przy brzegu rzeki Piny. Dziś kościoła już nie ma. W 1953 r. został wysadzony przez komunistyczne władze. Plac targowy wybrukowano kostką, a pieczę nad nim sprawuje towarzysz Lenin, podobno jeden z największych na terytorium Białorusi.

Co gruncik – Skirmuncik

30 kilometrów na wschód od Pińska, znajdują się Biżerowicze, słynne z obecności rodu Ordów. Ordowie, których nazwisko słusznie kojarzy się z mongolską Ordą, pochodzą od Dżyngis Chana. A przynajmniej tak mówi Maria Janicka, której rodzice pracowali w rezydencji Ordów w Biżerowiczach. – Pałac miał dwa piętra, a ganek wsparty był na czterech kolumnach. Mój ojciec pracował u pana jako ogrodnik. Jako mała dziewczynka latałam po tym ogrodzie. Jeszcze pamiętam grusze, jabłka, pomidory. Jak pan samochodem przyjechał to goniliśmy i spaliny wdychaliśmy. Takie to było dla nas wtedy ciekawe – śmieje się serdecznie. – Za pałacem była fabryka spirytusu. Jak bolszewicy przyszli, to najpierw zburzyli, a później wiadrami spirytus brali. Ziemię kopali i samogon pędzili. Pałac zburzono i nawet pański cmentarz się nie ostał. Ludzie rozkopali szukając złota – dodaje Janicka, która po wojnie kazała sobie zmienić narodowość w paszporcie z polskiej na białoruską.
Losy dorobku Ordów ukazują smutne dzieje ziemiaństwa, które kojarzone z opcją propolską często angażowało się w sprawę białoruską. I tak Roman Skirmunt, przedstawiciel starego poleskiego rodu, wspierał dążenia białoruskiego narodu do niepodległości, finansując białoruskojęzyczną prasę. W lipcu 1918 r. objął tekę ministra w rządzie Białoruskiej Republiki Ludowej, quasi-państwa będącego przejawem dążeń niepodległościowych Białorusinów. W 1939 r. na majątek Skirmuntów w Porzeczu nieopodal Pińska napadło okoliczne chłopstwo, podżegane przez sowiecką agenturę. Roman Skirmunt wraz z rodziną został brutalnie zamordowany, a majątek rozgrabiony. Popularna rymowanka „Co gruncik – Skirmuncik, co morda – to Orda”, cytowana przez Marię Janicką, przestała być aktualna.
Requiem

- My byliśmy pińską szlachtą, a Polacy próbowali nas spolaczyć – z pustego oczodołu Wiaczesława Szałomieckiego co rusz ciekną łzy. Nie wiadomo, czy to wspomnienia tak go wzruszają, czy to po prostu defekt sędziwego ciała. Siedzi na ławeczce przystanku autobusowego. Na tabliczce z rozkładem jazdy odczytujemy zamazaną nazwę wsi: Szałomicze. – No a jakże! – wzburza się pytany o powiązania pomiędzy jego nazwiskiem a nazwą wsi. – Szałomiecki walczył w postaniu przeciwko carowi. Tam, gdzie jezioro było – pokazuje palcem w bliżej nieokreślonym kierunku – tam pojmano powstańców. Wszystkich wysłano na Sybir – zamyśla się. – Powstańcy, zasrańcy – do rozmowy włącza się towarzysz z ławki obok. – Co ty im za brednie wygadujesz? Jakaż to z nas szlachta? – głośno komentuje i przedstawia się.
Arkadyj Połchowskij nie jest typem sentymentalnym, jak Szałomiecki, jego kolega. – Za cara, za pańskiej Polszy, za sowietów, teraz też to wszystko gówno, a nie życie. Szałomiecki wstaje, opierając się o laskę i ripostuję: – Jak nie szlachta? Jak chłopi panu drogę budowali, to my nie musieliśmy. Podymnego i świetlnego też nie płaciliśmy – tłumaczy. Wyjaśniają, że podymne trzeba było płacić za dym z komina, który leciał na drogę, a jak ktoś miał za duże okno i za dużo światła mu wpadało do chaty, to płacił świetlne. – I co z tego, skoro chleb na liściach klonu do pieca wsadzaliśmy i tak, jak wszyscy piekliśmy – kontruje Połchowskij.
W końcu obaj zgadzają się co do istnienia szałomickich powstańców styczniowych. – Jeszcze przed wojną, w 1939 roku wójt, też Szałomiecki, postawił powstańcom pomnik z orłem, koło tego jeziora, gdzie zginęli. Jak ludzie widzieli, że sowieci się zbliżają, to rozebrali i wrzucili do wody – relacjonuje Połchowskij. Potomek wójta przypomina sobie drugą zwrotkę hymnu polskiego. – Dał nam przy-kład Bo-na-parte – niezdarnie intonuje, a z oczodołu znów płynie łza. Arkadyj stuka się w głowę: – Ech, widzicie go! Toż to wariat. Posłuchajcie mnie przez chwilę. Tu wszędzie błota były, na boso do lasu chodziliśmy. W czasie wojny gnębili nas policaje, a musicie wiedzieć, że to sami Ukraińcy byli. Jak po wojnie kołchoz zbudowali, to trzeba było konia oddać. Potem 30 lat jeździłem na traktorze. A teraz wieś umiera, dlatego wam to wszystko mówię. Tylko tak piszcie, żeby nas jeszcze na koniec nie wysłali do więzienia.

*Łukasz Grajewski – ur. 1985. Socjolog, absolwent Studium Europy Wschodniej UW. Pracuje w trzecim sektorze, prowadzi projekty edukacyjne i kulturalne w państwach Europy Wschodniej. Redaktor portalu o Partnerstwie Wschodnim Eastbook.eu. Mieszka w Warszawie.

*Mirosław Jankowiak – ur. 1979. Filolog i kulturoznawca, adiunkt w Instytucie Slawistyki PAN, ekspert do spraw Białorusi i Łotwy w Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego. Zajmuje się Białorusią, Łotwą oraz Polakami zamieszkującymi obszar b. ZSRR. Mieszka w Legionowie.

http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/obiektyw/art,336,pinska-szlachta.html

Posted in Polskie Kresy | Leave a Comment »

Polskie historie – Brasławszczyzna, zapomniana Polska – reportaż Ewy Szakalickiej

Posted by tadeo w dniu 15 Styczeń 2012

Reportaż Ewy Szakalickiej przypominający jeden z najpiękniejszych rejonów przedwojennej Rzeczpospolitej. O Brasławszczyźnie opowiadają jej dawni i obecni mieszkańcy. Brasławszczyzna zwana kresami Kresów Rzeczpospolitej, to najbardziej wysunięty na północ powiat dawnego województwa wileńskiego, graniczący z Łotwą. Kraina jezior, rzek, puszcz i lasów zwana też Pojezierzem Brasławskim, gdzie około 300 je­zior zajmuje łączną powierzchnię 36000 ha. Dziś te tereny znajdują się w granicach Białorusi.

Polskie-historie-Braslawszczyzna-zapomniana-Polska?option=embed

http://razem.tv/filmy/-/Polskie-historie-Braslawszczyzna-zapomniana-Polska

Posted in Filmy dokumentalne, Podróże, Polskie Kresy, Reportaż | Leave a Comment »

Wschodnia Gazeta Codzienna

Posted by tadeo w dniu 29 Grudzień 2011

http://kresy24.pl/

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Kresowa Atlantyda – Stanisław S. Nicieja

Posted by tadeo w dniu 17 Grudzień 2011

Redakcja nto zaproponowała mi, abym w cyklu artykułów pt. „Moje Kresy” podzielił się z Czytelnikami trwającą od ponad trzydziestu lat wielką przygodą intelektualną związaną z odkrywaniem ziem, które Polska jako państwo utraciła na wschodzie w 1945 roku.

Lwowianin Stanisław Lem z małżonką w towarzystwie Haliny i Stanisława Niciejów, Kraków 1999 r.

Lwowianin Stanisław Lem z małżonką w towarzystwie Haliny i Stanisława Niciejów, Kraków 1999 r. (fot. fot. archiwum Stanisława S. Niciei)

Redakcja nto zaproponowała mi, abym w cyklu artykułów pt. „Moje Kresy” podzielił się z Czytelnikami trwającą od ponad trzydziestu lat wielką przygodą intelektualną związaną z odkrywaniem ziem, które Polska jako państwo utraciła na wschodzie w 1945 roku. Celem tej publikacji, której idea narodziła się w redakcji nto, ma być odkrywanie polskiej „kresowej Atlantydy” zatopionej w odmętach niepamięci poprzez długotrwałe działanie cenzury PRL. Tej mitycznej swoistej wyspy młodzieńczych doznań i nostalgii setek tysięcy ludzi, których często okrutny los rzucił na Śląsk. A przybyli tu z okolic Lwowa, Tarnopola, Stanisławowa czy Kołomyi i skupiają się dzisiaj w towarzystwach kresowych, by wspominać, śpiewać swoje pieśni, wracać pamięcią do swoich przodków i korzeni rodzinnych.Temat to fascynujący i rozległy, trudny do ogarnięcia myślą niczym ocean. Długo wahałem się ze względu na nadmiar obowiązków, które mnie w ostatnim czasie przygniatają, ale też nie wiedziałem, jakim kluczem się posłużyć. W końcu powiedziałem: spróbuję. Ale będzie to rzecz niejednorodna, w redakcyjnym ujęciu swoista wielobarwna mozaika. Czasem będzie to minireportaż, innym razem felieton bądź zapis rozmowy z przygodnie spotkanym człowiekiem w pociągu czy na stacji benzynowej, czasem cytat listu albo e-maila, który trafił do mojej skrzynki pocztowej, albo opis zdjęcia, które znalazłem na strychu bądź kupiłem na jarmarku staroci i próbuję ustalić, kto i w jakich okolicznościach je zrobił. Nie będę unikał ulubionej przeze mnie biografii ciekawych ludzi, tych znanych już w historii, z najwyższej półki, i tych, o których nikt dotychczas nie wspomniał w najmniejszej publikacji. Czasem będę zachowywał się niczym Polski Czerwony Krzyż, który zajmował się poszukiwaniem zaginionych w historii ludzi i będę zwracał się do Czytelników o pomoc w interpretacji zdjęcia bądź wyjaśnienia biograficznej zagadki.
Czy ta formuła się sprawdzi? Nie wiem – ryzyko moje i redakcji. W jednym muszę tylko Czytelników uprzedzić – nie potrafię tego cyklu utrzymać w regularnym rytmie z tygodnia na tydzień. Pracuję obecnie nad dużą książką, bardzo dla mnie ważną i wymagającą absolutnej dyscypliny, uczestniczę w dziesiątkach spotkań z Czytelnikami w całej Polsce. Prowadzę jednocześnie wykłady na moim uniwersytecie oraz pochłania mnie sprawa ochrony i renowacji zabytków. Kontakt z Czytelnikami jest mi niezbędny, bo cenię sobie ich wielką pomoc w mojej pracy, często detektywistycznej. Doświadczyłem już tej pomocy przy pisaniu książek o Łyczakowie, Lwowskich Orlętach i zamkach kresowych. Ale tak jak nieregularnie korzystam z archiwów i biblioteki naukowej, tak samo nieregularnie będę korzystał z pomocy Czytelników i z góry za tę pomoc bardzo dziękuję.

Lwowskie przyjaźnie

Minęło dwadzieścia lat od ukazania się mojej książki dokumentacyjnej o cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, która – ku mojemu zupełnemu zaskoczeniu – stała się absolutnym bestsellerem, książką roku 1989, po którą ustawiały się w księgarniach kolejki. Rozeszła się w nakładzie trudno wyobrażalnym – 250 tysięcy egzemplarzy. Była szeroko komentowana i recenzowana w prasie, radiu, telewizji, m.in. przez Jerzego Waldorffa, Stanisława Lema, Aleksandra Gieysztora, Tomasza Nałęcza i Ryszarda Kapuścińskiego.

Wywołała emocje i następstwa nieprzewidywalne. Przeżyłem największą przygodę intelektualną swego życia, będąc na setkach spotkań autorskich od Sanoka po wyspę Wolin, od Zgorzelca po Ełk oraz w dużych skupiskach Kresowiaków: w Londynie, Paryżu, Monachium, Genewie, Nancy. Uświadomiłem sobie, jak mocna jest legenda i magia Kresów Wschodnich oraz mit Lwowa – miasta „Semper Fidelis”, jak przechodzi z ojca na syna.

Książki o lwowskim Łyczakowie i Orlętach otworzyły przede mną domy i przyjaźnie tak wspaniałych lwowiaków jak: Jerzy Janicki – wybitny polski scenarzysta, autor świetnych seriali telewizyjnych „Dom” i „Polskie drogi”, który stał się dla mnie drugim ojcem.

To on nazwał mnie adoptowanym dzieckiem Lwowa, mimo że – urodzony po wojnie na Dolnym Śląsku – nie miałem rodzinnie nic wspólnego z Kresami (rodzice pochodzą z Wadowic). To on zaprosił mnie do współpracy w realizacji serii filmów dokumentalnych o zamkach i twierdzach kresowych Rzeczypospolitej, realizowanych dla telewizji Polonia. Podobnie potraktował mnie Adam Hanuszkiewicz – wybitny polski aktor i reżyser teatralny, długoletni dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie, twórca niezapomnianego Teatru Telewizji, eksperymentator, autor głośnej adaptacji „Balladyny” z jeżdżącymi po scenie hondami, który później często na moje zaproszenie gościł w Opolu.

Wtedy też zaczęła się moja bliska znajomość ze Stanisławem Lemem – jednym z najbardziej znanych na świecie polskich pisarzy, i Wojciechem Kilarem – kompozytorem, którego muzyka filmowa trafiła na ekrany całego świata, bo trzeba pamiętać, że była ilustracją do filmów m.in. Francisa Copolli, Andrzeja Wajdy czy Kazimierza Kutza. Wszyscy oni zostali później doktorami honoris causa Uniwersytetu Opolskiego i bardzo sobie tę godność cenili.

Otworzyły się też przede mną domy: Kazimierza Górskiego – twórcy wielkości polskiej piłki nożnej w latach 70. XX wieku, Andrzeja Hiolskiego – wybitnego śpiewaka operowego, Jerzego Matuszkiewicza i Andrzeja Kurylewicza – wspaniałych jazzmanów i kompozytorów wielkich przebojów i muzyki do filmów „Stawka większa niż życie”, „Wojna domowa” czy „Polskie drogi”, Ryszarda Kapuścińskiego – genialnego reportera, który swoimi książkami otarł się o Nagrodę Nobla, Włady Majewskiej – londyńskiej muzy Mariana Hemara, Renaty Andersowej – żony generała, zwycięzcy spod Monte Casino, prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego i Jana Nowaka Jeziorańskiego, którego wuj – generał, powstaniec – spoczywa na Łyczakowie.

Poznałem setki lwowiaków, których nie sposób tutaj wymienić z nazwiska. Uzyskiwałem od nich informacje, relacje, wspomnienia, a z ich archiwów domowych fotografie i różne dokumenty rodzinne zadziwiającej wartości. Rozrastało się moje archiwum, które stanowiło fundament kolejnych kresowych książek.

Właściwie do dziś nie ma tygodnia, abym od rodzin Kresowiaków nie otrzymał jakiejś informacji, zdjęcia, dokumentu, czy zapytania o ich bliskich. Dzięki temu udaje się wyrwać z zapomnienia ludzkie czyny, dramaty, osiągnięcia i sukcesy. Rozjaśniają się tajemnice biograficzne wielu Kresowiaków.

 Żona Piotra Mikolascha z córką.

Żona Piotra Mikolascha z córką. (fot. fot. archiwum Stanisława S. Niciei)

Apteka Mikolascha i Łukasiewicz

Ostatnio realizując, niestety już bez Jerzego Janickiego, który zmarł przed rokiem, film o Ignacym Łukasiewiczu, ojcu przemysłu naftowego, wykorzystałem część moich kresowych dokumentów, pisząc komentarz. Oto krótka historia lwowskich aptekarzy.

Lwów zawsze miał szczęście do uczonych i artystów. Sławili jego piękno i oryginalność wierszami, obrazami, sztychami, opowiadaniami i uczonymi księgami. A było i jest, o czym pisać. Bo w mieście tym był zawsze wysyp talentów. Nazwiska jego mieszkańców trafiały do najbardziej opiniotwórczych leksykonów i encyklopedii świata: matematycy – Stefan Banach czy Stanisław Ulam – współtwórca bomby wodorowej; pisarze – Zbigniew Herbert czy Adam Zagajewski; malarze – Artur Grottger czy Jan Styka; muzycy – Adam Didur czy Wojciech Kilar. To są tylko niektórzy lwowiacy o sławie ponadeuropejskiej.

Wśród wielu profesji miał też Lwów sławnych w Europie aptekarzy; Erbarowie, Torosiewiczowie i Mikolaschowie. Szczególnie to ostatnie nazwisko zostało wpisane na karty światowych wynalazków.
Piotr Mikolasch (1805-1873) był właścicielem słynnej lwowskiej apteki „Pod Złotą Gwiazdą”, mającej siedzibę w centrum miasta przy ulicy Kopernika. Apteka miała znakomite wyposażenie, a personel wysoki prestiż. A trzeba pamiętać, że ówczesne apteki były wytwórniami różnych mikstur, nie tylko leczniczych, ale również kosmetycznych.

Piotr Mikolasch, wywodzący się ze starej, pochodzenia węgierskiego, lwowskiej rodziny, był szlachetnym, mądrym człowiekiem. Wyławiał młode talenty i pomagał zdobywać im uniwersyteckie wykształcenie. Taki talent odkrył w młodym aptekarzu z Łańcuta, który wyszedł świeżo z lwowskiego więzienia za swoją działalność konspiracyjną przeciwko zaborcom austriackim. Nie bał się zatrudnić tego, jak mówiły o nim władze – „wywrotowca politycznego” i ryzykując, uczynił go swoim asystentem. Po pewnym czasie wysłał go na studia farmaceutyczne do Krakowa i Wiednia, a potem stworzył mu we Lwowie doskonałe warunki do prowadzenia eksperymentów.

I to właśnie w aptece Mikolascha Ignacy Łukasiewicz (1822-1882) dokonał jednego z najsłynniejszych w tym czasie w Europie wynalazków, który spowodował przewrót w technice oświetlania mieszkań, ulic i gmachów na całym świecie. Odkrył niezwykłe właściwości ropy naftowej i wspólnie ze świetnym lwowskim rzemieślnikiem – blacharzem Piotrem Bratkowskim skonstruował pierwszą lampę naftową.
Dziś, kiedy nie możemy sobie wyobrazić, jak można było żyć, nie mając w domu oświetlenia elektrycznego, telewizora czy komputera, równie trudno przychodzi nam uświadomić sobie, że nie tak dawno, bo w sumie przed 150 laty, ludzkość nie tylko nie znała żarówki elektrycznej, ale tonąc w mrokach, oświetlała mieszkania kopcącymi świecami czy łuczywem.

Lampa naftowa wprowadziła rewolucję w oświetleniu. To dopiero w 1853 roku we Lwowskim Szpitalu Powszechnym przeprowadzono pierwszą na świecie operację w nocy przy lampie naftowej. Wcześniej pacjent musiał czekać do rana, bo w mrokach i przy kopcącym łuczywie żaden lekarz nie podejmował się operacji na otwartym organizmie. Od wynalazku Łukasiewicza zaczyna się światowa kariera ropy naftowej, bez której trudno sobie wyobrazić cywilizację XX wieku.

A zaczęło się, jak to bywa z wynalazkami, od banalnego przypadku. Do apteki Mikolascha przybył kupiec spod Borysławia, Abraham Schreiber, i przyniósł flaszkę rudawego płynu. Trafił akurat na dyżur aptekarza Łukasiewicza, który właśnie wrócił z Krakowa świeżo po studiach farmaceutycznych, i rozegrała się scena, która ma w literaturze różne zapisy.

Tak oto mogła wyglądać rozmowa według jednej z wersji literackich:
Schreiber: Panie Łukasiewicz, niech pan tylko spojrzy. Przywiozłem tu butelkę tłustego, kleistego płynu. Pływa on u nas w Borysławiu po wodzie przy źródłach. Gdy ktoś tam kopie większą studnię, to zamiast wody trafia na taką maź. Chłopi nazywają to ropą. Czuję, że w tej ropnej mazi jest alkohol. Czy nie można by z tego zrobić wódki?

Łukasiewicz: Wódki? Skąd to panu przyszło do głowy?
Schreiber: Chłopi używają tej cieczy przy schorzeniach i do smarowania kół w swoich wozach. Jakby to oczyścić, to może byłaby z tego wódka, a jako wódkę to każdy by to kupił. A wtedy to będzie interes, który postawi mnie i pana na nogi.

I tak oto lwowski aptekarz Ignacy Łukasiewicz podjął się destylacji ropy naftowej z zamiarem, aby uzyskać z tego źle pachnącego płynu alkohol. W efekcie odkrył naftę, która dała mu później sławę i pieniądze. Po konsultacje do niego przyjeżdżali nawet wysłannicy Rockefellera z Ameryki, by się uczyć technik destylacji ropy. Bo w tym czasie odkryto też ropę w Pensylwanii w okolicach Tytusville. Łukasiewicz stał się jednym z najbogatszych Polaków, który umiał się swym bogactwem dzielić z bliźnimi. Był jednym z najhojniejszych filantropów, który przyczynił się do podniesienia dobrobytu na Podkarpaciu. Dziś jego imię noszą liczne polskie szkoły, w tym Politechnika Rzeszowska, i ulice. W miejscach, w których pracował, stoją jego pomniki.

W historii Polski to jeden z wielkich Kresowiaków. Za życia był honorowym członkiem wielu prestiżowych organizacji i towarzystw. Nawet w podopolskim Prószkowie, gdzie była słynna Królewska Akademia Rolnicza, w uznaniu zasług bractwo studenckie przyjęło go do swego grona jako członka honorowego.

Mieczysław Łazowski – właściciel lwowskiej apteki "Pod Orłem”. Dziadek Wojciecha Łazowskiego, obecnie mieszkańca Düsseldorfu.

Mieczysław Łazowski – właściciel lwowskiej apteki „Pod Orłem”. Dziadek Wojciecha Łazowskiego, obecnie mieszkańca Düsseldorfu. (fot. fot. archiwum Stanisława S. Niciei)

Przywracanie pamięci o Łazowskich

Przed tygodniem od pana Wojciecha Łazowskiego z Duesseldorfu otrzymałem pękatą przesyłkę z reprodukcjami fotografii. Wiedząc, że pracuję nad scenariuszem do filmu o Ignacym Łukasiewiczu, w którym będzie o lwowskich aptekarzach, pan Wojciech – urodzony w 1941 roku we Lwowie, po wojnie osiadły w Chorzowie, a od roku 1989 mieszkaniec Duesseldorfu – przysłał mi dokumentację o zupełnie zapomnianej świetnej rodzinie swoich przodków, lwowskich aptekarzy, którzy byli właścicielami apteki „Pod Orłem” na rogu ulicy Gródeckiej i Leona Sapiehy we Lwowie.

Najbardziej znanymi z nich byli wybitni polscy farmaceuci Tytus Łazowski, zmarły w 1894 roku, i jego syn Mieczysław Łazowski, zm. w 1931 roku – obaj spoczywają na cmentarzu Łyczakowskim. Z tej rodziny wywodzi się prof. Lech Trzeciakowski – wybitny polski ekonomista i działacz państwowy, ekspert „Solidarności” i minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Dzięki tym materiałom będę mógł wprowadzić do swojej najnowszej książki losy rodziny Łazowskich i wyrwać z kompletnego zapomnienia jeszcze jedną rodzinę, która zapisała piękną kartę w dziejach Lwowa i Kresów Wschodnich.

Profesor Stanisław Nicieja –  rektor Uniwersytetu Opolskiego.

Posted in Historia, Polskie Kresy, Wspomnienia, Świadectwa | 4 Comments »

Kościół św. Mikołaja w Mirze

Posted by tadeo w dniu 12 Grudzień 2011

W mojej parafii rekolekcje adwentowe w tym roku prowadzi ks. Aleksander ur. na Grodzieńszczyźnie, aktualnie  proboszcz w parafii św. Mikołaja w Mirze na Białorusi koło Nowogródka. Kapłan wielkiej otwartości i „lekkiego języka”.

ks. Aleksander Sewastianowicz

Ks. Aleksander urodził się na Białorusi. Ukończył Wyższe Seminarium Duchowne we Wrocławiu w 2000 roku. Pracował na różnych placówkach duszpasterskich na wschodzie Europy, m.in. w Moskwie. Od kilku miesięcy mieszka w Mirze na Białorusi. Jest tam zabytkowy kościół, który od czasów wojny nie posiadał stałego proboszcza i potrzebuje renowacji.

Ks. Oleg pozyskuje środki materialne głosząc rekolekcje i szukając sponsorów w Polsce oraz na zachodzie Europy. W naszej parafii dał się poznać jako kapłan wielkiej otwartości i „lekkiego języka”. Posługując się przykładami ze swojego życia, wskazywał na potęgę wiary i potrzebę zapraszania Boga do swojego życia. Problemy człowieka często mają swoje źródło w braku przebaczenia i trwania w grzechu. Stąd też otwarcie się na Boże przebaczenie, modlitwa prostymi słowami i zaufanie Bożemu miłosierdziu, może przynieść wręcz cudowne rozwiązania.

Serdecznie dziękujemy ks. Aleksandrowi za obecność wśród nas i podzielenie się swoją wiarą. Mamy nadzieję na kolejne spotkania w naszej parafii.

Poniżej zostawiamy wizytówkę ks. Aleksandra. W jego imieniu dziękujemy za wszelkie datki, które przysłużą się do renowacji kościoła św. Mikołaja w Mirze.

Mir. Kościół św. Mikołaja.

Zobacz także:

Posted in Polskie Kresy, Religia | 1 Comment »

Filmy z wycieczki do Lwowa – wrzesień 2011 r.

Posted by tadeo w dniu 8 Grudzień 2011

 

Posted in Filmy i slajdy, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Sanktuarium Pierwszej Rzeczypospolitej

Posted by tadeo w dniu 3 Grudzień 2011

W Białyniczach na Białorusi odradza się sanktuarium maryjne, w czasach swojej świetności zwane „białoruską Częstochową”.

Matka Boża Białynicka

Było to niegdyś najdalej wysunięte na wschód sanktuarium w Rzeczypospolitej. Białynicze leżą na Białorusi w pobliżu Orszy i Mohylewa niedaleko Smoleńska (Rosja). Z dawnego sanktuarium Matki Bożej Białynickiej, której obraz był koronowany diademami papieskimi, nie zachowało się nic, ale odradza się ono dzięki ludzkiej pamięci i zaangażowaniu ks. Karola Tomeckiego, proboszcza rzymskokatolickiej parafii. Mszy Świętej z okazji 250-lecia koronacji Matki Bożej Białynickiej przewodniczył niedawno abp Tadeusz Kondrusiewicz, metropolita mińsko-mohylewski.

Białynicze to mała miejscowość nad niewielką rzeką Drucią, prawym dopływem Dniepru. Dzięki fundacjom rodziny Sapiehów znajdowało się tam karmelitańskie sanktuarium maryjne. Dokument fundacyjny wystawił kanclerz i hetman wielki litewski Lew Sapieha, zobowiązując się do wybudowania z drewna kościoła i klasztoru, któremu ma patronować Maryja Panna wspolnie ze św. Leonem, opiekunem fundatora. Fundację zalegalizował Zygmunt III Waza w 1624 roku.

Młodszy z rodu, Kazimierz Leon Sapieha, urządził w klasztorze drukarnię i hojnie uposażył konwent: monstrancją, srebrnymi kielichami oraz wieloma innymi paramentami. Sprawił również „szczerozłotą sukienkę” dla najważniejszego w świątyni obrazu. W czasie wojny z Rosją w latach 1654-67 obraz został ewakuowany przez Sapiehę do jego twierdzy w Lachowiczach. Dopiero w 1761 roku powrócił do Białynicz, do nowo zbudowanego murowanego kościoła. Koronacji obrazu dokonał 20 września 1761 roku biskup smoleński Jerzy Hylzen. Do kresowych Białynicz przybywały tysiące pielgrzymów litewskich, białoruskich, ukraińskich, polskich i innych. W 1772 roku Białynicze znalazły się w zaborze rosyjskim. W ramach represji po powstaniu listopadowym w 1832 roku karmelitów usunięto, a kościół przekazano duchowieństwu diecezjalnemu. Po powstaniu styczniowym władze rosyjskie 12 kwietnia 1876 roku zamknęły białynicki kościół, a dzień ten prawosławni świętują jako swoje wspomnienie Matki Bożej Białynickiej.

Oryginał obrazu został ukryty przez katolików i nie wiadomo, gdzie się znajduje. W latach 60. XX wieku władze sowieckie zburzyły kościół i klasztor w Białyniczach i nie pozostało nic z dawnej świętości. Na jego miejscu kilka lat temu zbudowano cerkiew prawosławną, w której czczona jest Matka Boża Białynicka. W 1993 roku odrodziła się w Białyniczach parafia katolicka, która dziś ma niewielką kaplicę. Już wskazano miejsce pod kościół w centrum Białynicz i wybrano architekta z Mińska, który zaprojektuje świątynię w stylu neogotyckim.

Po 250 latach, w niewielkim ogródku obok wiejskiego drewnianego domku stanowiącego kaplicę, przy polowym ołtarzu z kopią obrazu Matki Bożej Białynickiej zebrała się skromna liczba wiernych i pielgrzymka Radia Warszawa. Abp Kondrusiewicz w języku białoruskim wraz z wiernymi oddał cześć Białynickiej Pani. Było to dla pielgrzymów z Warszawy wielkim przeżyciem. Mamy nadzieję, że kustosz pamięci tego miejsca ks. Tomecki wybuduje kościół dla Królowej białynickiej ziemi. Że odrodzi się sanktuarium znane w całej I Rzeczypospolitej.

Ksiądz Karol wraz z parafianami ma wielką nadzieję, że skoro obchodzi w takich warunkach 375 lat zjawienia cudownego obrazu, to 400-lecie będzie dane obchodzić już w zbudowanej świątyni, w prawdziwym sanktuarium. Trzeba wierzyć, że warszawiacy, którzy od przedwojennych czasów czczą Matkę Bożą Białynicką w jej wizerunku w kościele Narodzenia NMP na Lesznie, solidarnie wesprą to piękne dzieło.

Więcej: www.bialynicka.parafia.info.pl
bialynicze(at)parafie.com.pl.

Krzysztof Przygoda
Idziemy nr 45 (322), 6 listopada 2011 r.

Zobacz także:  OBRAZY MATKI BOŻEJ PRZYWIEZIONE PO II WOJNIE ŚWIATOWEJ Z KRESÓW WSCHODNICH

Posted in Matka Boża, Polskie Kresy | 2 Comments »

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 386 obserwujących.