WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • Słowo Boże na dziś

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archiwum kategorii ‘Polskie Kresy’

Wspominał akademię

Posted by tadeo w dniu 22 Luty 2012

W Letniej Akademii Kultury i Języka Polskiego uczestniczył aż trzy razy. Pochodzący z Białorusi Sergiusz Bojarczuk, dziś już student Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, poprowadził wykład otwarty w muzeum w Głogowie.

http://www.tv.master.pl/informacja.php?news=20553,Wspominal-akademie

Zobacz także:

 Trenowali pod lodem

Głogów
O2012/02/nurkowie.jpg

Z Cerkwi do MOK

Głogów
O2012/02/koncert_oktoich.jpg

„To nie jest ładna piosenka o miłości”

Uwaga konkurs

Głogów
O2012/02/konkurs_piosenki_obcojezycznej_2012_miniatura.jpg

O bezpieczeństwie w sieci w Górze

Góra
O2012/02/P1010024.JPG

Czekają na wychowanków

Głogów
O2012/02/pilkarze_akademia.jpg

„Pętla” Młodych Master

Głogów
O2012/02/teledysk_mlodzi_master.jpg

Działalność (nie) zagrożona?

Przemków
O2012/02/pokoszczednosci_przemkow.jpg

Dbają o Piastów

Głogów
O2012/02/sesja_interpelacje_osiedle_piastow.jpg

Opublikowany w Polityka - video, Polityka i aktualności, Polskie Kresy | Leave a Comment »

II wojna światowa za zamkniętymi drzwiami

Posted by tadeo w dniu 7 Luty 2012

Dokument z serii – jak sprzedano pół Polski wraz z miastami kultury Polskiej jak Lwów, Wilno, Grodno…

Opublikowany w Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Pińska szlachta

Posted by tadeo w dniu 4 Luty 2012

Łukasz Grajewski, Mirosław Jankowiak / „Więź”

Pińsk.
(fot. pochodzi z Kraszewski, Józef Ignacy. Wspomnienia Polesia, Wołynia i Litwy. 1860. / Wikimedia Commons)

Wincenty Dunin-Marcinkiewicz był drobnym szlachcicem, niezłym literatem i wielkim przyjacielem ludu białoruskiego. Pisał po białorusku, a jednym z efektów jego pracy był utwór teatralny Szlachta pińska z 1866 roku. Opisał w nim obraz mieszkańców Pińska i innych poleskich okolic, biedną szlachtę od chłopów nie różniącą się wcale, ale mającą duże poczucie własnej wartości. Niespełna 150 lat po publikacji Dunina-Marcinkiewicza, kreślimy jej nowy, współczesny rozdział.

- Wiesz, co o Tobie powiedział Statkiewicz?
- A co?
- On powiedział, że nie jesteś szlachcicem.
- Co? Tak mnie znieważył? Wnet mu pokażę swoje szlachectwo!
Wincenty Dunin-Marcinkiewicz, Szlachta pińska

Szlachta i basta

Irynę Kozak spotykamy siedzącą przy malutkiej niebieskiej kapliczce. Dłubie zaciekle kijkiem w ziemi, myślami jest gdzieś bardzo daleko. – Przed wojną stała tu cerkiew. Komuniści liny zaczepili, traktor podłączyli. Ot, taka polityka durna była w naszych wszystkich republikach – wzdycha. Nową kapliczkę już za Łukaszenki wybudował pewien miejscowy. Dorobił się w Ameryce i dwa tysiące dolarów przeznaczył na zbożny cel. – Tych komunistów to ludzie przeklinali. Oni w Boga przestali wierzyć. I wiecie co? Ci, którzy burzyli, to wszyscy młodo umarli. Jeden na motorze się rozbił, drugi pijany głowę rozwalił – kijek w rękach staruszki nie przestaje pracować.
- Kim jesteśmy? Białoruskimi Poleszukami – mówi z przekonaniem. – Mówimy trochę po ukraińsku, trochę po białorusku, trochę po polsku.
Wieś, w której mieszka Iryna Kozak, nazywa się Stajki i leży na terytorium białoruskiego Polesia, nieopodal granicy z Ukrainą. Kilkanaście drewnianych chat po obu stronach drogi. Tak zaczęto budować tu za Królowej Bony, która ziemie pińskie i kobryńskie posiadła we wczesnych latach XVI wieku. Rzemieślnicy z Włoch i Holandii tchnęli odrobinę cywilizacji w poleską głuszę. – Chciałabym, aby koło kaplicy postawili pomnik ofiarom wojny. Tylu ludzi zginęło… Tu kiedyś kilkadziesiąt chat było, dzieci pełno, a teraz? Siedmiu ludzi, wszyscy z garbami i kijkami. Ot, takimi jak mój – łza Iryny spada do świeżo wydrążonej kijkiem dziury. – A Stajki to kiedyś była szlachecka wieś. Ale o tym, to niech Wam mój syn opowie.
Aleh Kozak gości nas w rozpiętej koszuli, eksponując swój wielki brzuch. – Mama, zrób nam jajecznicę, pomidorów naszych przynieś, koniecznie muszą skosztować – w roli gospodarza Aleh czuje się doskonale. – Historię trzeba znać – rozpoczyna swą gawędę. – Ten nasz Łukaszenka nieszczęsny w ogóle o historię nie dba, a tu przecież Wielkie Księstwo Litewskie było. Nasi przodkowie walczyli z Krzyżakami pod Grunwaldem – stwierdza zadowolony.
Według Aleha, Stajki to wieś szlachecka. Tu od zawsze mieszkała szlachta i basta. A po czym poznać szlachtę? – No, chodzili tak samo ubrani, pieniędzy też za dużo nie było. Najłatwiej to po nazwisku. Szlacheckie kończą się na -cki: Dubiniecki, Ostrowiecki. Ale my Kozaki, też ze szlachty – dodaje i wyjmuje zdjęcie swoje pradziada, który służył w Armii Polskiej. – Zresztą sami zobaczycie, jak pojedziecie do wsi obok. Chojno to wieś chłopska. Tam was nikt nie nakarmi. Do chaty może wpuszczą, ale na tym koniec. U mnie zostańcie, po szlachecku was ugoszczę i rybek połowimy – zaprasza ochoczo. W końcu żegna nas wraz z matką po przyjacielsku, zostawia swój adres i telefon – jak znów będziecie, to musicie nas odwiedzić.

Kliknij, aby powiekszyc

Na pierwszym planie jedna z ulic miasta. W głębi kościół katedralny Najświętszej Marii Panny. Zwracają uwagę szyldy reklamowe sklepów i zakładów usługowych w języku polskim.

 

Soroczki i kapelusze

Jesteśmy w gościach u Kleofasa Siewieryna, który jest mistrzem poleskiego rękodzielnictwa. „Żaden festiwal w kraju nie obejdzie się bez jego tradycyjnych słomianych kapeluszy” – można wyczytać w jednym z przewodników po Pińszczyźnie. Takie nakrycia głowy zdobiły niejedną poleszucką głowę. A Poleszuk to kiedyś było zjawisko, dziwo prawdziwe. W międzywojniu przyjeżdżano na Polesie, żeby badać żyjący wśród bagien i lasów prymitywny lud poleski. Ferdynand Ossendowski, Józef Obrębski, Melchior Wańkowicz czy Józef Mackiewicz – przyciągała ich magia przyrody i prostota mieszkających tu ludzi.
Kleofas Siewieryn malowniczo opisuje wygląd Poleszuka. – Najbardziej charakterystyczne były łapcie, obuwie wyplatane z łyka brzozy. Chodziło się w takich cały rok – opowiada, trzymając w ręku łapcie własnej roboty. – Oj nie były wytrzymałe. Jak się ludzie wyprawiali do miasta, to i dwie pary na zapas trzeba było zarzucić na ramię. Prawdziwe buty kupowało się u Żyda. W Dawidgródku robili i sprzedawali po wsiach. Ludzie rzadko je ubierali, do cerkwi w łapciach albo boso chodzili i przed samym wejściem nakładali – opisuje z uśmiechem. Chata Siewieryna pełna jest łapci, kapeluszy i tradycyjnych poleskich koszul, zwanych soroczkami, które miejscowa ludność szyła z tkanego własnoręcznie z lnu. – Teraz już nikt tak nie chodzi. W sklepach jest wystarczająco towaru – dodaje, prezentując odzieżowe relikty.
- Chcecie wiedzieć, skąd taka nazwa wsi? Wólki powstały po zniesieniu pańszczyzny na terenach trudno dostępnych, gdzie chłopów zostawiano samych sobie. Tutaj powstała Mała Wólka, a cztery kilometry dalej jest Duża Wólka. Dlaczego tak? Bo tutaj mieszkało trzynaście osób, a tam czternaście. – Do naszej Małej Wólki podczas wojny przyjechali Niemcy – Siewieryn kontynuuje swoją opowieść. – Na wozie postawili megafon i puszczali w kółko: „Nie bójcie się, wyjeżdżajcie do pracy do Trzeciej Rzeszy”. Sam się nikt nie zgłosił, ale i tak nas w końcu w czterdziestym trzecim zabrali. Wywieźli do Mulhouse we Francji, gdzie pracowaliśmy w fabryce po dwanaście godzin dziennie.
Wraz z Siewierynem przenosimy się na główną ulicę Małej Wólki. – Gdy Francuzi przywieźli nas z powrotem, to okazało się, że Niemcy spalili nasze domy – mówi. Odbudowaliśmy, choć teraz większość stoi już pustych. O tamtych czasach to cztery osoby pamiętają, tylko tyle nas starych zostało.

Szwedów wrzątkiem zwalczali

- W polskiej szkole skończyłem cztery klasy. Siedem lat to trwało, bo do trzeciej chodziło się dwa lata, a do czwartej trzy. Z nauczycielem po polsku rozmawialiśmy, a ze sobą, proszę pana, po swojemu, tak jak z wami teraz rozmawiam – 87-letni Władimir Ostrowski mieszka w Dzikowiczach, wsi malowniczo położonej nad Prypecią. Dzikowicze to wieś szlachecka. – Jeden z Ostrowskich był dowódcą w oddziałach Wielkiego Księstwa Litewskiego, a jak Szwedzi nas później napadli, to moi przodkowie wrzątkiem ich oblewali, o wieś walczyli – opowiada Ostrowski, który, jak na swoje 87 lat, zadziwia energią i jasnością umysłu. W chacie naprzeciwko mieszka Michał Dzikowiecki, który opowiada nam tę samą historię. Widocznie ich przodkowie walczyli ramię w ramię ze szwedzkim potopem. – Mnie nikt nigdy Poleszukiem nie nazywał. Mojego ojca polska władza bardzo ceniła – mówi. – Teraz ludzie śmieją się ze szlachty, wytykają nas, proszę pana, palcem. Wieś wykupili działkowcy, przyjeżdżają, a historia w ogóle ich nie interesuję. My w tych dwóch chatach z Dzikowieckim się trzymamy.
Dwóch ostatnich przedstawicieli szlachty z Dzikowicz bierze nas nad brzeg rzeki Prypeć, gdzie wspominają: – Tu do wojny była piękna piaszczysta plaża – zaczyna Dzikowiecki. – Ludzie przyjeżdżali, grali w piłkę, pływali. Wszystko wyglądało inaczej. Błota były wszędzie. W takich oto czajkach pływaliśmy do krów na pastwisko – pokazuje tradycyjne drewniane łódki przywiązane do starego, zmurszałego mostka. – Do cerkwi też tylko łódką można się było dostać. Dziesiątki czajek podpływało pod sam płot. – A tutaj ryby łowiliśmy – wskazuje palcem Ostrowiecki. – Żydzi od nas kupowali, 50 groszy za kilogram płacili. Płynęli potem do Pińska, gdzie mieli swoje lodownie. A potem dalej: do Warszawy, do Poznania. Tylko, że tam już 2 złote za kilogram dostawali – mówi.
Później, podczas obiadu opowiada o handlowej stolicy regionu, jaką był Pińsk. Pod plac targowy, urządzony w centrum miasta, nieopodal pofranciszkańskiego Kościoła, podpływała okoliczna ludność. Dziesiątki czajek wypełnionych towarami cumowało przy brzegu rzeki Piny. Dziś kościoła już nie ma. W 1953 r. został wysadzony przez komunistyczne władze. Plac targowy wybrukowano kostką, a pieczę nad nim sprawuje towarzysz Lenin, podobno jeden z największych na terytorium Białorusi.

Co gruncik – Skirmuncik

30 kilometrów na wschód od Pińska, znajdują się Biżerowicze, słynne z obecności rodu Ordów. Ordowie, których nazwisko słusznie kojarzy się z mongolską Ordą, pochodzą od Dżyngis Chana. A przynajmniej tak mówi Maria Janicka, której rodzice pracowali w rezydencji Ordów w Biżerowiczach. – Pałac miał dwa piętra, a ganek wsparty był na czterech kolumnach. Mój ojciec pracował u pana jako ogrodnik. Jako mała dziewczynka latałam po tym ogrodzie. Jeszcze pamiętam grusze, jabłka, pomidory. Jak pan samochodem przyjechał to goniliśmy i spaliny wdychaliśmy. Takie to było dla nas wtedy ciekawe – śmieje się serdecznie. – Za pałacem była fabryka spirytusu. Jak bolszewicy przyszli, to najpierw zburzyli, a później wiadrami spirytus brali. Ziemię kopali i samogon pędzili. Pałac zburzono i nawet pański cmentarz się nie ostał. Ludzie rozkopali szukając złota – dodaje Janicka, która po wojnie kazała sobie zmienić narodowość w paszporcie z polskiej na białoruską.
Losy dorobku Ordów ukazują smutne dzieje ziemiaństwa, które kojarzone z opcją propolską często angażowało się w sprawę białoruską. I tak Roman Skirmunt, przedstawiciel starego poleskiego rodu, wspierał dążenia białoruskiego narodu do niepodległości, finansując białoruskojęzyczną prasę. W lipcu 1918 r. objął tekę ministra w rządzie Białoruskiej Republiki Ludowej, quasi-państwa będącego przejawem dążeń niepodległościowych Białorusinów. W 1939 r. na majątek Skirmuntów w Porzeczu nieopodal Pińska napadło okoliczne chłopstwo, podżegane przez sowiecką agenturę. Roman Skirmunt wraz z rodziną został brutalnie zamordowany, a majątek rozgrabiony. Popularna rymowanka „Co gruncik – Skirmuncik, co morda – to Orda”, cytowana przez Marię Janicką, przestała być aktualna.
Requiem

- My byliśmy pińską szlachtą, a Polacy próbowali nas spolaczyć – z pustego oczodołu Wiaczesława Szałomieckiego co rusz ciekną łzy. Nie wiadomo, czy to wspomnienia tak go wzruszają, czy to po prostu defekt sędziwego ciała. Siedzi na ławeczce przystanku autobusowego. Na tabliczce z rozkładem jazdy odczytujemy zamazaną nazwę wsi: Szałomicze. – No a jakże! – wzburza się pytany o powiązania pomiędzy jego nazwiskiem a nazwą wsi. – Szałomiecki walczył w postaniu przeciwko carowi. Tam, gdzie jezioro było – pokazuje palcem w bliżej nieokreślonym kierunku – tam pojmano powstańców. Wszystkich wysłano na Sybir – zamyśla się. – Powstańcy, zasrańcy – do rozmowy włącza się towarzysz z ławki obok. – Co ty im za brednie wygadujesz? Jakaż to z nas szlachta? – głośno komentuje i przedstawia się.
Arkadyj Połchowskij nie jest typem sentymentalnym, jak Szałomiecki, jego kolega. – Za cara, za pańskiej Polszy, za sowietów, teraz też to wszystko gówno, a nie życie. Szałomiecki wstaje, opierając się o laskę i ripostuję: – Jak nie szlachta? Jak chłopi panu drogę budowali, to my nie musieliśmy. Podymnego i świetlnego też nie płaciliśmy – tłumaczy. Wyjaśniają, że podymne trzeba było płacić za dym z komina, który leciał na drogę, a jak ktoś miał za duże okno i za dużo światła mu wpadało do chaty, to płacił świetlne. – I co z tego, skoro chleb na liściach klonu do pieca wsadzaliśmy i tak, jak wszyscy piekliśmy – kontruje Połchowskij.
W końcu obaj zgadzają się co do istnienia szałomickich powstańców styczniowych. – Jeszcze przed wojną, w 1939 roku wójt, też Szałomiecki, postawił powstańcom pomnik z orłem, koło tego jeziora, gdzie zginęli. Jak ludzie widzieli, że sowieci się zbliżają, to rozebrali i wrzucili do wody – relacjonuje Połchowskij. Potomek wójta przypomina sobie drugą zwrotkę hymnu polskiego. – Dał nam przy-kład Bo-na-parte – niezdarnie intonuje, a z oczodołu znów płynie łza. Arkadyj stuka się w głowę: – Ech, widzicie go! Toż to wariat. Posłuchajcie mnie przez chwilę. Tu wszędzie błota były, na boso do lasu chodziliśmy. W czasie wojny gnębili nas policaje, a musicie wiedzieć, że to sami Ukraińcy byli. Jak po wojnie kołchoz zbudowali, to trzeba było konia oddać. Potem 30 lat jeździłem na traktorze. A teraz wieś umiera, dlatego wam to wszystko mówię. Tylko tak piszcie, żeby nas jeszcze na koniec nie wysłali do więzienia.

*Łukasz Grajewski – ur. 1985. Socjolog, absolwent Studium Europy Wschodniej UW. Pracuje w trzecim sektorze, prowadzi projekty edukacyjne i kulturalne w państwach Europy Wschodniej. Redaktor portalu o Partnerstwie Wschodnim Eastbook.eu. Mieszka w Warszawie.

*Mirosław Jankowiak – ur. 1979. Filolog i kulturoznawca, adiunkt w Instytucie Slawistyki PAN, ekspert do spraw Białorusi i Łotwy w Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego. Zajmuje się Białorusią, Łotwą oraz Polakami zamieszkującymi obszar b. ZSRR. Mieszka w Legionowie.

http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/obiektyw/art,336,pinska-szlachta.html

Opublikowany w Polskie Kresy | Leave a Comment »

Polskie historie – Brasławszczyzna, zapomniana Polska – reportaż Ewy Szakalickiej

Posted by tadeo w dniu 15 Styczeń 2012

Reportaż Ewy Szakalickiej przypominający jeden z najpiękniejszych rejonów przedwojennej Rzeczpospolitej. O Brasławszczyźnie opowiadają jej dawni i obecni mieszkańcy. Brasławszczyzna zwana kresami Kresów Rzeczpospolitej, to najbardziej wysunięty na północ powiat dawnego województwa wileńskiego, graniczący z Łotwą. Kraina jezior, rzek, puszcz i lasów zwana też Pojezierzem Brasławskim, gdzie około 300 je­zior zajmuje łączną powierzchnię 36000 ha. Dziś te tereny znajdują się w granicach Białorusi.

Polskie-historie-Braslawszczyzna-zapomniana-Polska?option=embed

http://razem.tv/filmy/-/Polskie-historie-Braslawszczyzna-zapomniana-Polska

Opublikowany w Filmy dokumentalne, Podróże, Polskie Kresy, Reportaż | Leave a Comment »

Wschodnia Gazeta Codzienna

Posted by tadeo w dniu 29 Grudzień 2011

http://kresy24.pl/

Opublikowany w Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Kresowa Atlantyda – Stanisław S. Nicieja

Posted by tadeo w dniu 17 Grudzień 2011

Redakcja nto zaproponowała mi, abym w cyklu artykułów pt. „Moje Kresy” podzielił się z Czytelnikami trwającą od ponad trzydziestu lat wielką przygodą intelektualną związaną z odkrywaniem ziem, które Polska jako państwo utraciła na wschodzie w 1945 roku.

Lwowianin Stanisław Lem z małżonką w towarzystwie Haliny i Stanisława Niciejów, Kraków 1999 r.

Lwowianin Stanisław Lem z małżonką w towarzystwie Haliny i Stanisława Niciejów, Kraków 1999 r. (fot. fot. archiwum Stanisława S. Niciei)

Redakcja nto zaproponowała mi, abym w cyklu artykułów pt. „Moje Kresy” podzielił się z Czytelnikami trwającą od ponad trzydziestu lat wielką przygodą intelektualną związaną z odkrywaniem ziem, które Polska jako państwo utraciła na wschodzie w 1945 roku. Celem tej publikacji, której idea narodziła się w redakcji nto, ma być odkrywanie polskiej „kresowej Atlantydy” zatopionej w odmętach niepamięci poprzez długotrwałe działanie cenzury PRL. Tej mitycznej swoistej wyspy młodzieńczych doznań i nostalgii setek tysięcy ludzi, których często okrutny los rzucił na Śląsk. A przybyli tu z okolic Lwowa, Tarnopola, Stanisławowa czy Kołomyi i skupiają się dzisiaj w towarzystwach kresowych, by wspominać, śpiewać swoje pieśni, wracać pamięcią do swoich przodków i korzeni rodzinnych.Temat to fascynujący i rozległy, trudny do ogarnięcia myślą niczym ocean. Długo wahałem się ze względu na nadmiar obowiązków, które mnie w ostatnim czasie przygniatają, ale też nie wiedziałem, jakim kluczem się posłużyć. W końcu powiedziałem: spróbuję. Ale będzie to rzecz niejednorodna, w redakcyjnym ujęciu swoista wielobarwna mozaika. Czasem będzie to minireportaż, innym razem felieton bądź zapis rozmowy z przygodnie spotkanym człowiekiem w pociągu czy na stacji benzynowej, czasem cytat listu albo e-maila, który trafił do mojej skrzynki pocztowej, albo opis zdjęcia, które znalazłem na strychu bądź kupiłem na jarmarku staroci i próbuję ustalić, kto i w jakich okolicznościach je zrobił. Nie będę unikał ulubionej przeze mnie biografii ciekawych ludzi, tych znanych już w historii, z najwyższej półki, i tych, o których nikt dotychczas nie wspomniał w najmniejszej publikacji. Czasem będę zachowywał się niczym Polski Czerwony Krzyż, który zajmował się poszukiwaniem zaginionych w historii ludzi i będę zwracał się do Czytelników o pomoc w interpretacji zdjęcia bądź wyjaśnienia biograficznej zagadki.
Czy ta formuła się sprawdzi? Nie wiem – ryzyko moje i redakcji. W jednym muszę tylko Czytelników uprzedzić – nie potrafię tego cyklu utrzymać w regularnym rytmie z tygodnia na tydzień. Pracuję obecnie nad dużą książką, bardzo dla mnie ważną i wymagającą absolutnej dyscypliny, uczestniczę w dziesiątkach spotkań z Czytelnikami w całej Polsce. Prowadzę jednocześnie wykłady na moim uniwersytecie oraz pochłania mnie sprawa ochrony i renowacji zabytków. Kontakt z Czytelnikami jest mi niezbędny, bo cenię sobie ich wielką pomoc w mojej pracy, często detektywistycznej. Doświadczyłem już tej pomocy przy pisaniu książek o Łyczakowie, Lwowskich Orlętach i zamkach kresowych. Ale tak jak nieregularnie korzystam z archiwów i biblioteki naukowej, tak samo nieregularnie będę korzystał z pomocy Czytelników i z góry za tę pomoc bardzo dziękuję.

Lwowskie przyjaźnie

Minęło dwadzieścia lat od ukazania się mojej książki dokumentacyjnej o cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, która – ku mojemu zupełnemu zaskoczeniu – stała się absolutnym bestsellerem, książką roku 1989, po którą ustawiały się w księgarniach kolejki. Rozeszła się w nakładzie trudno wyobrażalnym – 250 tysięcy egzemplarzy. Była szeroko komentowana i recenzowana w prasie, radiu, telewizji, m.in. przez Jerzego Waldorffa, Stanisława Lema, Aleksandra Gieysztora, Tomasza Nałęcza i Ryszarda Kapuścińskiego.

Wywołała emocje i następstwa nieprzewidywalne. Przeżyłem największą przygodę intelektualną swego życia, będąc na setkach spotkań autorskich od Sanoka po wyspę Wolin, od Zgorzelca po Ełk oraz w dużych skupiskach Kresowiaków: w Londynie, Paryżu, Monachium, Genewie, Nancy. Uświadomiłem sobie, jak mocna jest legenda i magia Kresów Wschodnich oraz mit Lwowa – miasta „Semper Fidelis”, jak przechodzi z ojca na syna.

Książki o lwowskim Łyczakowie i Orlętach otworzyły przede mną domy i przyjaźnie tak wspaniałych lwowiaków jak: Jerzy Janicki – wybitny polski scenarzysta, autor świetnych seriali telewizyjnych „Dom” i „Polskie drogi”, który stał się dla mnie drugim ojcem.

To on nazwał mnie adoptowanym dzieckiem Lwowa, mimo że – urodzony po wojnie na Dolnym Śląsku – nie miałem rodzinnie nic wspólnego z Kresami (rodzice pochodzą z Wadowic). To on zaprosił mnie do współpracy w realizacji serii filmów dokumentalnych o zamkach i twierdzach kresowych Rzeczypospolitej, realizowanych dla telewizji Polonia. Podobnie potraktował mnie Adam Hanuszkiewicz – wybitny polski aktor i reżyser teatralny, długoletni dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie, twórca niezapomnianego Teatru Telewizji, eksperymentator, autor głośnej adaptacji „Balladyny” z jeżdżącymi po scenie hondami, który później często na moje zaproszenie gościł w Opolu.

Wtedy też zaczęła się moja bliska znajomość ze Stanisławem Lemem – jednym z najbardziej znanych na świecie polskich pisarzy, i Wojciechem Kilarem – kompozytorem, którego muzyka filmowa trafiła na ekrany całego świata, bo trzeba pamiętać, że była ilustracją do filmów m.in. Francisa Copolli, Andrzeja Wajdy czy Kazimierza Kutza. Wszyscy oni zostali później doktorami honoris causa Uniwersytetu Opolskiego i bardzo sobie tę godność cenili.

Otworzyły się też przede mną domy: Kazimierza Górskiego – twórcy wielkości polskiej piłki nożnej w latach 70. XX wieku, Andrzeja Hiolskiego – wybitnego śpiewaka operowego, Jerzego Matuszkiewicza i Andrzeja Kurylewicza – wspaniałych jazzmanów i kompozytorów wielkich przebojów i muzyki do filmów „Stawka większa niż życie”, „Wojna domowa” czy „Polskie drogi”, Ryszarda Kapuścińskiego – genialnego reportera, który swoimi książkami otarł się o Nagrodę Nobla, Włady Majewskiej – londyńskiej muzy Mariana Hemara, Renaty Andersowej – żony generała, zwycięzcy spod Monte Casino, prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego i Jana Nowaka Jeziorańskiego, którego wuj – generał, powstaniec – spoczywa na Łyczakowie.

Poznałem setki lwowiaków, których nie sposób tutaj wymienić z nazwiska. Uzyskiwałem od nich informacje, relacje, wspomnienia, a z ich archiwów domowych fotografie i różne dokumenty rodzinne zadziwiającej wartości. Rozrastało się moje archiwum, które stanowiło fundament kolejnych kresowych książek.

Właściwie do dziś nie ma tygodnia, abym od rodzin Kresowiaków nie otrzymał jakiejś informacji, zdjęcia, dokumentu, czy zapytania o ich bliskich. Dzięki temu udaje się wyrwać z zapomnienia ludzkie czyny, dramaty, osiągnięcia i sukcesy. Rozjaśniają się tajemnice biograficzne wielu Kresowiaków.

 Żona Piotra Mikolascha z córką.

Żona Piotra Mikolascha z córką. (fot. fot. archiwum Stanisława S. Niciei)

Apteka Mikolascha i Łukasiewicz

Ostatnio realizując, niestety już bez Jerzego Janickiego, który zmarł przed rokiem, film o Ignacym Łukasiewiczu, ojcu przemysłu naftowego, wykorzystałem część moich kresowych dokumentów, pisząc komentarz. Oto krótka historia lwowskich aptekarzy.

Lwów zawsze miał szczęście do uczonych i artystów. Sławili jego piękno i oryginalność wierszami, obrazami, sztychami, opowiadaniami i uczonymi księgami. A było i jest, o czym pisać. Bo w mieście tym był zawsze wysyp talentów. Nazwiska jego mieszkańców trafiały do najbardziej opiniotwórczych leksykonów i encyklopedii świata: matematycy – Stefan Banach czy Stanisław Ulam – współtwórca bomby wodorowej; pisarze – Zbigniew Herbert czy Adam Zagajewski; malarze – Artur Grottger czy Jan Styka; muzycy – Adam Didur czy Wojciech Kilar. To są tylko niektórzy lwowiacy o sławie ponadeuropejskiej.

Wśród wielu profesji miał też Lwów sławnych w Europie aptekarzy; Erbarowie, Torosiewiczowie i Mikolaschowie. Szczególnie to ostatnie nazwisko zostało wpisane na karty światowych wynalazków.
Piotr Mikolasch (1805-1873) był właścicielem słynnej lwowskiej apteki „Pod Złotą Gwiazdą”, mającej siedzibę w centrum miasta przy ulicy Kopernika. Apteka miała znakomite wyposażenie, a personel wysoki prestiż. A trzeba pamiętać, że ówczesne apteki były wytwórniami różnych mikstur, nie tylko leczniczych, ale również kosmetycznych.

Piotr Mikolasch, wywodzący się ze starej, pochodzenia węgierskiego, lwowskiej rodziny, był szlachetnym, mądrym człowiekiem. Wyławiał młode talenty i pomagał zdobywać im uniwersyteckie wykształcenie. Taki talent odkrył w młodym aptekarzu z Łańcuta, który wyszedł świeżo z lwowskiego więzienia za swoją działalność konspiracyjną przeciwko zaborcom austriackim. Nie bał się zatrudnić tego, jak mówiły o nim władze – „wywrotowca politycznego” i ryzykując, uczynił go swoim asystentem. Po pewnym czasie wysłał go na studia farmaceutyczne do Krakowa i Wiednia, a potem stworzył mu we Lwowie doskonałe warunki do prowadzenia eksperymentów.

I to właśnie w aptece Mikolascha Ignacy Łukasiewicz (1822-1882) dokonał jednego z najsłynniejszych w tym czasie w Europie wynalazków, który spowodował przewrót w technice oświetlania mieszkań, ulic i gmachów na całym świecie. Odkrył niezwykłe właściwości ropy naftowej i wspólnie ze świetnym lwowskim rzemieślnikiem – blacharzem Piotrem Bratkowskim skonstruował pierwszą lampę naftową.
Dziś, kiedy nie możemy sobie wyobrazić, jak można było żyć, nie mając w domu oświetlenia elektrycznego, telewizora czy komputera, równie trudno przychodzi nam uświadomić sobie, że nie tak dawno, bo w sumie przed 150 laty, ludzkość nie tylko nie znała żarówki elektrycznej, ale tonąc w mrokach, oświetlała mieszkania kopcącymi świecami czy łuczywem.

Lampa naftowa wprowadziła rewolucję w oświetleniu. To dopiero w 1853 roku we Lwowskim Szpitalu Powszechnym przeprowadzono pierwszą na świecie operację w nocy przy lampie naftowej. Wcześniej pacjent musiał czekać do rana, bo w mrokach i przy kopcącym łuczywie żaden lekarz nie podejmował się operacji na otwartym organizmie. Od wynalazku Łukasiewicza zaczyna się światowa kariera ropy naftowej, bez której trudno sobie wyobrazić cywilizację XX wieku.

A zaczęło się, jak to bywa z wynalazkami, od banalnego przypadku. Do apteki Mikolascha przybył kupiec spod Borysławia, Abraham Schreiber, i przyniósł flaszkę rudawego płynu. Trafił akurat na dyżur aptekarza Łukasiewicza, który właśnie wrócił z Krakowa świeżo po studiach farmaceutycznych, i rozegrała się scena, która ma w literaturze różne zapisy.

Tak oto mogła wyglądać rozmowa według jednej z wersji literackich:
Schreiber: Panie Łukasiewicz, niech pan tylko spojrzy. Przywiozłem tu butelkę tłustego, kleistego płynu. Pływa on u nas w Borysławiu po wodzie przy źródłach. Gdy ktoś tam kopie większą studnię, to zamiast wody trafia na taką maź. Chłopi nazywają to ropą. Czuję, że w tej ropnej mazi jest alkohol. Czy nie można by z tego zrobić wódki?

Łukasiewicz: Wódki? Skąd to panu przyszło do głowy?
Schreiber: Chłopi używają tej cieczy przy schorzeniach i do smarowania kół w swoich wozach. Jakby to oczyścić, to może byłaby z tego wódka, a jako wódkę to każdy by to kupił. A wtedy to będzie interes, który postawi mnie i pana na nogi.

I tak oto lwowski aptekarz Ignacy Łukasiewicz podjął się destylacji ropy naftowej z zamiarem, aby uzyskać z tego źle pachnącego płynu alkohol. W efekcie odkrył naftę, która dała mu później sławę i pieniądze. Po konsultacje do niego przyjeżdżali nawet wysłannicy Rockefellera z Ameryki, by się uczyć technik destylacji ropy. Bo w tym czasie odkryto też ropę w Pensylwanii w okolicach Tytusville. Łukasiewicz stał się jednym z najbogatszych Polaków, który umiał się swym bogactwem dzielić z bliźnimi. Był jednym z najhojniejszych filantropów, który przyczynił się do podniesienia dobrobytu na Podkarpaciu. Dziś jego imię noszą liczne polskie szkoły, w tym Politechnika Rzeszowska, i ulice. W miejscach, w których pracował, stoją jego pomniki.

W historii Polski to jeden z wielkich Kresowiaków. Za życia był honorowym członkiem wielu prestiżowych organizacji i towarzystw. Nawet w podopolskim Prószkowie, gdzie była słynna Królewska Akademia Rolnicza, w uznaniu zasług bractwo studenckie przyjęło go do swego grona jako członka honorowego.

Mieczysław Łazowski – właściciel lwowskiej apteki "Pod Orłem”. Dziadek Wojciecha Łazowskiego, obecnie mieszkańca Düsseldorfu.

Mieczysław Łazowski – właściciel lwowskiej apteki „Pod Orłem”. Dziadek Wojciecha Łazowskiego, obecnie mieszkańca Düsseldorfu. (fot. fot. archiwum Stanisława S. Niciei)

Przywracanie pamięci o Łazowskich

Przed tygodniem od pana Wojciecha Łazowskiego z Duesseldorfu otrzymałem pękatą przesyłkę z reprodukcjami fotografii. Wiedząc, że pracuję nad scenariuszem do filmu o Ignacym Łukasiewiczu, w którym będzie o lwowskich aptekarzach, pan Wojciech – urodzony w 1941 roku we Lwowie, po wojnie osiadły w Chorzowie, a od roku 1989 mieszkaniec Duesseldorfu – przysłał mi dokumentację o zupełnie zapomnianej świetnej rodzinie swoich przodków, lwowskich aptekarzy, którzy byli właścicielami apteki „Pod Orłem” na rogu ulicy Gródeckiej i Leona Sapiehy we Lwowie.

Najbardziej znanymi z nich byli wybitni polscy farmaceuci Tytus Łazowski, zmarły w 1894 roku, i jego syn Mieczysław Łazowski, zm. w 1931 roku – obaj spoczywają na cmentarzu Łyczakowskim. Z tej rodziny wywodzi się prof. Lech Trzeciakowski – wybitny polski ekonomista i działacz państwowy, ekspert „Solidarności” i minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Dzięki tym materiałom będę mógł wprowadzić do swojej najnowszej książki losy rodziny Łazowskich i wyrwać z kompletnego zapomnienia jeszcze jedną rodzinę, która zapisała piękną kartę w dziejach Lwowa i Kresów Wschodnich.

Profesor Stanisław Nicieja –  rektor Uniwersytetu Opolskiego.

Opublikowany w Historia, Polskie Kresy, Wspomnienia, Świadectwa | 4 Comments »

Kościół św. Mikołaja w Mirze

Posted by tadeo w dniu 12 Grudzień 2011

W mojej parafii rekolekcje adwentowe w tym roku prowadzi ks. Aleksander ur. na Grodzieńszczyźnie, aktualnie  proboszcz w parafii św. Mikołaja w Mirze na Białorusi koło Nowogródka. Kapłan wielkiej otwartości i „lekkiego języka”.

ks. Aleksander Sewastianowicz

Ks. Aleksander urodził się na Białorusi. Ukończył Wyższe Seminarium Duchowne we Wrocławiu w 2000 roku. Pracował na różnych placówkach duszpasterskich na wschodzie Europy, m.in. w Moskwie. Od kilku miesięcy mieszka w Mirze na Białorusi. Jest tam zabytkowy kościół, który od czasów wojny nie posiadał stałego proboszcza i potrzebuje renowacji.

Ks. Oleg pozyskuje środki materialne głosząc rekolekcje i szukając sponsorów w Polsce oraz na zachodzie Europy. W naszej parafii dał się poznać jako kapłan wielkiej otwartości i „lekkiego języka”. Posługując się przykładami ze swojego życia, wskazywał na potęgę wiary i potrzebę zapraszania Boga do swojego życia. Problemy człowieka często mają swoje źródło w braku przebaczenia i trwania w grzechu. Stąd też otwarcie się na Boże przebaczenie, modlitwa prostymi słowami i zaufanie Bożemu miłosierdziu, może przynieść wręcz cudowne rozwiązania.

Serdecznie dziękujemy ks. Aleksandrowi za obecność wśród nas i podzielenie się swoją wiarą. Mamy nadzieję na kolejne spotkania w naszej parafii.

Poniżej zostawiamy wizytówkę ks. Aleksandra. W jego imieniu dziękujemy za wszelkie datki, które przysłużą się do renowacji kościoła św. Mikołaja w Mirze.

Mir. Kościół św. Mikołaja.

Opublikowany w Polskie Kresy, Religia | 1 Comment »

Filmy z wycieczki do Lwowa – wrzesień 2011 r.

Posted by tadeo w dniu 8 Grudzień 2011

 

Opublikowany w Filmy i slajdy, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Sanktuarium Pierwszej Rzeczypospolitej

Posted by tadeo w dniu 3 Grudzień 2011

W Białyniczach na Białorusi odradza się sanktuarium maryjne, w czasach swojej świetności zwane „białoruską Częstochową”.

Matka Boża Białynicka

Było to niegdyś najdalej wysunięte na wschód sanktuarium w Rzeczypospolitej. Białynicze leżą na Białorusi w pobliżu Orszy i Mohylewa niedaleko Smoleńska (Rosja). Z dawnego sanktuarium Matki Bożej Białynickiej, której obraz był koronowany diademami papieskimi, nie zachowało się nic, ale odradza się ono dzięki ludzkiej pamięci i zaangażowaniu ks. Karola Tomeckiego, proboszcza rzymskokatolickiej parafii. Mszy Świętej z okazji 250-lecia koronacji Matki Bożej Białynickiej przewodniczył niedawno abp Tadeusz Kondrusiewicz, metropolita mińsko-mohylewski.

Białynicze to mała miejscowość nad niewielką rzeką Drucią, prawym dopływem Dniepru. Dzięki fundacjom rodziny Sapiehów znajdowało się tam karmelitańskie sanktuarium maryjne. Dokument fundacyjny wystawił kanclerz i hetman wielki litewski Lew Sapieha, zobowiązując się do wybudowania z drewna kościoła i klasztoru, któremu ma patronować Maryja Panna wspolnie ze św. Leonem, opiekunem fundatora. Fundację zalegalizował Zygmunt III Waza w 1624 roku.

Młodszy z rodu, Kazimierz Leon Sapieha, urządził w klasztorze drukarnię i hojnie uposażył konwent: monstrancją, srebrnymi kielichami oraz wieloma innymi paramentami. Sprawił również „szczerozłotą sukienkę” dla najważniejszego w świątyni obrazu. W czasie wojny z Rosją w latach 1654-67 obraz został ewakuowany przez Sapiehę do jego twierdzy w Lachowiczach. Dopiero w 1761 roku powrócił do Białynicz, do nowo zbudowanego murowanego kościoła. Koronacji obrazu dokonał 20 września 1761 roku biskup smoleński Jerzy Hylzen. Do kresowych Białynicz przybywały tysiące pielgrzymów litewskich, białoruskich, ukraińskich, polskich i innych. W 1772 roku Białynicze znalazły się w zaborze rosyjskim. W ramach represji po powstaniu listopadowym w 1832 roku karmelitów usunięto, a kościół przekazano duchowieństwu diecezjalnemu. Po powstaniu styczniowym władze rosyjskie 12 kwietnia 1876 roku zamknęły białynicki kościół, a dzień ten prawosławni świętują jako swoje wspomnienie Matki Bożej Białynickiej.

Oryginał obrazu został ukryty przez katolików i nie wiadomo, gdzie się znajduje. W latach 60. XX wieku władze sowieckie zburzyły kościół i klasztor w Białyniczach i nie pozostało nic z dawnej świętości. Na jego miejscu kilka lat temu zbudowano cerkiew prawosławną, w której czczona jest Matka Boża Białynicka. W 1993 roku odrodziła się w Białyniczach parafia katolicka, która dziś ma niewielką kaplicę. Już wskazano miejsce pod kościół w centrum Białynicz i wybrano architekta z Mińska, który zaprojektuje świątynię w stylu neogotyckim.

Po 250 latach, w niewielkim ogródku obok wiejskiego drewnianego domku stanowiącego kaplicę, przy polowym ołtarzu z kopią obrazu Matki Bożej Białynickiej zebrała się skromna liczba wiernych i pielgrzymka Radia Warszawa. Abp Kondrusiewicz w języku białoruskim wraz z wiernymi oddał cześć Białynickiej Pani. Było to dla pielgrzymów z Warszawy wielkim przeżyciem. Mamy nadzieję, że kustosz pamięci tego miejsca ks. Tomecki wybuduje kościół dla Królowej białynickiej ziemi. Że odrodzi się sanktuarium znane w całej I Rzeczypospolitej.

Ksiądz Karol wraz z parafianami ma wielką nadzieję, że skoro obchodzi w takich warunkach 375 lat zjawienia cudownego obrazu, to 400-lecie będzie dane obchodzić już w zbudowanej świątyni, w prawdziwym sanktuarium. Trzeba wierzyć, że warszawiacy, którzy od przedwojennych czasów czczą Matkę Bożą Białynicką w jej wizerunku w kościele Narodzenia NMP na Lesznie, solidarnie wesprą to piękne dzieło.

Więcej: www.bialynicka.parafia.info.pl
bialynicze(at)parafie.com.pl.

Krzysztof Przygoda
Idziemy nr 45 (322), 6 listopada 2011 r.

Zobacz także:  OBRAZY MATKI BOŻEJ PRZYWIEZIONE PO II WOJNIE ŚWIATOWEJ Z KRESÓW WSCHODNICH

Opublikowany w Matka Boża, Polskie Kresy | 2 Comments »

Ziemia lwowska – Grzegorz Rąkowski

Posted by tadeo w dniu 1 Grudzień 2011

http://books.google.pl/books?id=s45yQSVku2oC&pg=PA85&lpg=PA85&dq=KRYSOWICACH&source=bl&ots=T3ex8Vi7hk&sig=57DHP-DE0yijgSkDVmrQk1_yJew&hl=pl&ei=–7XTvC1Iuip4gTn9tTVDQ&sa=X&oi=book_result&ct=result&resnum=9&ved=0CFYQ6AEwCDgK#v=onepage&q=KRYSOWICACH&f=false

Opublikowany w Książki (e-book), Polskie Kresy | Leave a Comment »

Mój Lwów – wspomnienia i aktualności ze Lwowa

Posted by tadeo w dniu 26 Listopad 2011

http://www.lwow.home.pl/

Opublikowany w POLECAM, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Piosenka o Lwowie – Kapela Warszawska – Lwowskich przedmieść

Posted by tadeo w dniu 21 Listopad 2011

Opublikowany w Muzyka, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Wilno szepce po polsku!

Posted by tadeo w dniu 8 Listopad 2011

Opublikowany w Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Wilno

Posted by tadeo w dniu 8 Listopad 2011

Opublikowany w Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Spacer po przedwojennym Lwowie

Posted by tadeo w dniu 8 Listopad 2011

Po przedwojennym zawsze wiernym Polsce Lwowie, oprowadza nas Alfred Shutz- pianista i kompozytor. Mi. razem spacerujemy z autorem po najmodniejszych kawiarniach międzywojennego Lwowa. 

Ostatnia częśc wspomnień Alfreda Shutza to okres wybuchu II wojny światowej i wojennej zawieruchy, która rzuciła autora w ostępy Sybiru, a stamtąd wraz z korpusem Andersa pod Monte Cassino.

Opublikowany w Filmy i slajdy, Polskie Kresy | Leave a Comment »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 381 other followers